- Wujek?! - Dziewczynka oprzytomniała w oka mgnieniu, widziała tylko zarys postaci rozmówcy, ale faktycznie wyglądał podobnie, jednak głos różnił się od tego, który znała.
- Czego mógłbym spodziewać się po moim głupim bracie...? Fakt, jestem twoim krewnym...ale nie tym, za którego mnie uważasz... - Zamknął przyzwyczajone do ciemności oczy. - Przywłaszczyłeś sobie wszystko...mój dom...dzienniki...życie...oraz rodzinę, nieprawdaż, Stanley? - Zaśmiał się ponuro.
- Czekaj, nie rozumiem cię, o co ci... - Mabel nie dokończyła pytania.
- Jakby kiedykolwiek zależało ci na tej rodzinie, Idioto! To ty porzuciłeś wszystko dla tych swoich gówno wartych eksperymentów! - Dobiegło ich z celi obok. - A teraz nie mam niczego...przez ten cholerny portal...
- Nie zrzucaj winy na mnie, powinieneś brać odpowiedzialność za swoje czyny! - "Współlokator" trzynastolatki parsknął zaciskając sześciopalczaste dłonie w pięści.
- Nie wyciągaj mi spraw z przeszłości! Zawsze taki byłeś, pamiętliwy, nieznośny, rozpieszczony przez rodziców kujon!
Zaczęła się dość nieprzyjemna wymiana zdań, w końcu Mab nie wytrzymała.
- ZAMKNIJCIE SIĘ! - Wrzasnęła. - Nie wiem o co w tym wszystkim chodzi...gdzie jesteśmy i dlaczego...ale teraz...chcę tylko wiedzieć...gdzie jest mój brat? - Wycedziła przez zaciśnięte zęby. Słona łza spłynęła po jej policzku i skapnęła z podbródka na zimną podłogę.
Starsi mężczyźni zamilkli.
- Mabel, pysiu...nie wiem jak ci to powiedzieć...ale jego tu nie ma z nami i... - Stanley, bo tak brzmiało prawdziwe imię jej ukochanego wuja, spiął się momentalnie.
- Wiem, że jesteś dzieckiem, ale powiem ci prawdę. Skoro był ktoś z wami, a go nie zgarnęli do więzienia, prawdopodobnie jest martwy. - Dokończył cicho Ford. Nie widział sensu w owijaniu w bawełnę. - Możliwe, że go przesłuchiwali, a po tym zazwyczaj...gdy już wyciągną informację...na więźnia czeka tylko śmierć.
Szatynka słuchała w otępieniu, zapadła głucha cisza.
- Nie...kłamiesz...Nie znam cię...nie ufam ci...WIEM, ŻE KŁAMIESZ! - Poderwała się mimo krępujących ją, ciężkich łańcuchów, które ciągnęły się od jej nóg. Złapała siwowłosego za kołnierz. - WSZYSCY POTRAFICIE TYLKO SIEDZIEĆ BEZCZYNNIE! MÓJ BRAT ŻYJE! ON ŻYJE I JA GO ZNAJDĘ! - Uderzyła go w twarz wciąż ściskając materiał jego brudnej, starej koszuli.
- Dziew...Mabel... - Chwycił jej przedramię, a ta poluzowała uścisk. Osunęła się na ziemię łkając, przytrzymał ją.
- Ja...ja muszę go znaleźć...wiem, że on... - Rozmówca wtulił ja w siebie. - Czuję to...
- Słonko...znajdziemy Dippera...nie ma innej opcji... - Rzekł z pewnością Stanek, mimo, że jego głos był stłumiony. - Pamiętaj kim jesteśmy...nasza rodzina nigdy nie zostawi swoich członków w potrzebie!
Jego brat spuścił wzrok.
- Stanley ma rację...pomogę wam...poznajmy się teraz...mów mi wujku...wujku Fordzie.
- Jak...jakim cudem ty...?
- Odpocznij...wtedy wszystko ci wyjaśnię...
***
- A teraz wszystko mi wyjaśnij Bill! - Prychnął wściekle Dipper. - Jakiego rodzaju eksperymenty ona robi? Jak się poznaliście? Czy na prawdę potrafi robić takie protezy? To coś na zasadzie tych mechanicznych kończyn z Fullmetal Alchemist? - Zasypał go burza pytań.
Blondyn szedł zirytowany. Mógł jednak wziąć ze sobą ten szal, zakneblowałby nim Pines'a, który truł mu od kilku godzin, chyba długa droga zaczęła mu dawać się we znaki bo stał się niezwykle irytujący.
- Różnego rodzaju, przez Ruch Oporu, gdyby nie potrafiła nie brałbym cię do niej i po raz kolejny nie rozumiem o co ci chodzi z tym Fullmetal cośtam... - Odrzekł jak najszybciej mógł. - A teraz zamilknij, jesteśmy już blisko...
- Mówiłeś, że byliście razem...jaka ona jest? - Zaśmiał się pod nosem gdy zauważył, że demona przeszedł dreszcz.
- Nie interesuj się smarkaczu, zanim zaczniesz się ekscytować kobietami pozbądź się tego mleka spod nosa.
- Och, daj spokój! Opowiedz mi coś o swoim życiu prywatnym! - Nadął policzki nastolatek.
- We aren't friends, okay Pine Tree?!
- Nie krzywdź angielszczyzny swoim akcentem...brzmisz jak zepsuty dyktafon... - Zmarszczył brwi.
Cipher westchnął.
- Daj mi święty spokój przez kolejną godzinę drogi...gdy będzie po wszystkim odpowiem na twoje pytania...
- Ale...na wszystkie pytania? - Wyszczerzył ostre kły jednoręki.
- Te w granicach przyzwoitości...Mother of God...przy mnie zachowujesz się jak niewyżyty bachor. Wydawało mi się, że jako potomek Alishy będziesz bardziej okrzesany, cóż...ludzka krew zniszczyła jej ród. - Uniósł twarz ku górze.
- A ty już nie przypominasz Przerażającego Dorito Zagłady, jakim cię pamiętałem...
- "Przerażające Dorito Zagłady"? Taka opinia o mnie krąży wśród ludzi? - Poprawił sobie włosy.
- Z grubsza...w końcu; jarasz się sarnimi zębami - a to całkiem straszne, jesteś trójkątny w swojej "duchowej" formie i lubisz siać chaos...czy ta ksywka nie jest definicją twojej osoby?
- Zamknij się... - Mruknął zdołowany Innowymiarowiec...czasem lepiej nie wiedzieć co inni o tobie sądzą...zatrzymał się, a pół-demon wpadł na niego.
-Ej! Uprzedzaj zanim...
- Jesteśmy blisko...już widać oazę! - Rozpromienił się Bill.
- Co? Serio? - Wychylił się zza niego, na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech.
- W końcu! - Coś błysnęło w jego ludzkim oku. - Spieszmy się!
Zaczął pędzić, cieszył się, że to już niemal koniec ich monotonnej podróży, w krok za nim biegł Stary Przyjaciel ich przyszłej gospodyni.
Dzieciak po kilku chwilach stanął rozglądając się; w okół małego, krystalicznie czystego jeziorka rosły wysokie, różnokolorowe drzewa i kwiaty, trawę zastępowało coś na wzór puszystego, złocistego mchu. Nie dało się dostrzec żadnych zwierząt czy owadów.
W powietrzy roznosiła się nieznana, kwiecista woń.
- Um...Bill? Gdzie jest dom?
- Tuż przed tobą, tylko, że... - uklęknął, objął piwnookiego od tyłu i chwycił w dłonie jego podbródek opierając głowę na jego lewym ramieniu. Skierował wzrok skrępowanego chłopaka ku górze. - Musisz spojrzeć wyżej. - Kąciki jego ust uniosły się nieznacznie.
Na grubych gałęziach drzew ulokowany był drewniany, cóż, na pewno nie "domek", już prędzej fort, zrobiony jakby prowizorycznie i dla wygody jego mieszkańców, nie wyglądu, robił jednak wrażenie.
- Jak my się tam wespniemy...? - Spytał po chwili, w końcu to było całkiem wysoko, dziesięć-piętnaście metrów jak nic.
- Spokojna twoja rozczochrana, Pine Tree! Nie pierwszy raz tu jestem i wiem co robić... - Podniósł się i zmierzwił włosy Dippa. Podszedł do pnia olbrzymiego, niepodobnego do żadnego innego z otaczających go, drzewa i kopnął w nie z całej pety.
- LIGHTY! TO JA! DAJ MI WEJŚĆ! WRÓCIŁEM! - Wydarł się na tyle głośno, że Pines musiał zatkać sobie uszy.
- Se-serio Trójkącie? - Zmrużył oczy zażenowany, po chwili jednak niemal padł trupem.
- I CO SIĘ DRZESZ MORONIE?! ŻYCIE CI NIEMIŁE?! - Odkrzyknęła stojąca na krawędzi drzewnego fortu mulatka o jasnych włosach.
- NIE GADAJ TYLKO SPUŚĆ TU TĄ DRABINĘ KOBIETO! - Wymachiwał wściekle rękami Dream Demon.
- W TWOICH SNACH! RADZĘ CI STĄD SPADAĆ! NIE MAM OCHOTY WPUSZCZAĆ DO DOMU TAKIEGO ZIDIOCIAŁEGO-
- JEST ZE MNĄ CZŁOWIEK! - Po tych słowach zamilkli.
Na głowę blondyna opadła sznurowa drabina.
- Ygh... - upadł łapiąc się za potylicę, zapulsowała mu żyłka na czole - ona serio próbuje mnie zabić.
Skonfundowany pół-demon stanął na pierwszym szczeblu.
- W-widzę, że wasze relacje są na prawdę skomplikowane... - Zaczął się wspinać.
- Nic już nie mów...Bo cię porąbie na drwa i wrzucę do kominka, Sosno... - Burknął leżąc na brzuchu z twarzą w mchu.
***
Cała trójka siedziała przy stole w czymś co miało przypominać salon.
Demon popijał tamtejszą "herbatę" osuwając się z krzesła i niechętnie przysłuchując się nudnej rozmowie na wpół człowieka i Innowymiarowej dziewczyny, której wiek po wyglądzie można było określić na maksymalnie dwadzieścia jeden lat.
- A więc...po co tak dokładniej tu przyszliście? - Badała wzrokiem rozmówcę opierając łokcie na blacie.
- Potrzebujemy Pani pomocy... - Odrzekł niepewnie.
- Musisz zrobić to w czym jesteś najlepsza, Lighty... - Wtrącił się końcu demon, spojrzał w jej miodowe oczy. - Złączmy siły, jak za dawnych lat...
- Czy nie mieliśmy tu przyjść po protezę dla mnie? - Zdziwił się Dipper.
- Tak...ale jest jeszcze sprawa, którą muszę załatwić...
- Czego mogłabym się spodziewać po tak zagorzałym Rebeliancie, jak ty? - Westchnęła zastanawiając się nad korzyściami z ewentualnego udzielenia im wsparcia. - Myślisz, ze zgodzę się na współpracę? Sądzisz, że ci pomogę?
- Mylisz się...ja to wiem. - W tym momencie w tym irytującym, zidiociałym demonie, którego traktował przez długi czas jak wroga...Dipper dostrzegł dojrzałą, poważną osobę...osobę, której na prawdę mógł się obawiać i teraz bardzo się cieszył, że na razie stoi po jego stronie.
- Zgadzam się, ale najpierw zapłata. - Poddała się w końcu, Dip zadrżał i nieumyślnie trącił jedynym ramieniem stół, jego filiżanka się przewróciła, a herbato-podobny napój wylał na podłogę.
- Eh! P-przepraszam...! Niech to! Herbata wylaja się ze stoliczka! - Spanikował, całą atmosferę diabli wzięli i jeszcze ubrudził i siebie i gospodynię, która parsknęła śmiechem.
- Czy ty powiedziałeś..."Wylaja się ze stoliczka"? - Zacytował blondyn zatykając sobie usta by się nie roześmiać.
- E? Odwal się, debilu! - Warknął piwnooki wpieniony, jednak...musiał przyznać, że to było lepsze od siedzenia jak na szpilkach...
Wtedy jeszcze nie wiedzieli, co czeka ich w niedalekiej przyszłości.
piątek, 11 listopada 2016
wtorek, 26 lipca 2016
Rozdział 11 - Historia Lubi Się Powtarzać (Finał, część 4 z 5)
Podróż trwała już ponad trzy dni, tak przynajmniej się wydawało Dipperowi, nie znał się on na czasie tej planety.
Włóczył się leniwie za Billem, wsłuchując się w jego marudzenie.
- Jak ja nienawidzę piachu, jest wszędzie, nie ma chyba wymiaru, w którym nie byłoby tego irytującego czegoś. - Biadolił, a jego głos był przytłumiony przez szal, którym owiniętą miał twarz.
Szatyn przewrócił oczami.
- To twoja wina, sam chciałeś iść przez pustynię. - Rzekł wzruszając ramionami, wysoka temperatura i wpadający do ust i pod powieki piasek mu nie przeszkadzał, to była zdaniem Billa wina Demonifikacji.
Młodszy z nich dziwił się, przecież Cipher odczuwał nieprzyjemne warunki.
- Jak to działa? No...to, że mi to nie sprawia problemu, a tobie tak...nie powinno być na odwrót? - Uniósł brew, przecież to jego rozmówca powinien mieć większą odporność na trudne warunki.
Blondyn zaśmiał się.
- Nie, nie, nie! Źle to rozumiesz, myślisz zbyt ludzko...to, że w twoich żyłach krąży moja krew nie oznacza, że twoje umiejętności będą takie same...energia to energia, dostosowuje się do każdej istoty indywidualnie, jej się nie dziedziczy czy coś. - Wyjaśnił nie odwracając się w jego stronę. - Z moich obserwacji wynika, że twoja wytrzymałość zwiększyła się kilkunastokrotnie, możliwe, że będzie rosnąć stale. - Dodał.
- Wytrzymałość? - Zdziwił się.
- Tak, idziemy już dość długo nawet jak dla mnie, a ty nie wydajesz się być zmęczony, odczuwać pragnienia czy bólu...a te prowizoryczne środki znieczulające powinny już od dawna nie działać. - Uśmiechnął się nieznacznie i poprawił czarny szalik.
- F-faktycznie... - Przypomniał sobie o ohydnych środkach, którymi faszerował go demon, wzdrygnął się.
Szli przez chwilę w ciszy, aż jednooki przerwał ją by powiedzieć co mu leży na sercu.
- Muszę ci się do czegoś przyznać, Pine Tree... - Spochmurniał.
Pines podniósł na niego wzrok, obaj się zatrzymali.
- O co chodzi? - Przełknął ślinę, to musiało być coś poważnego.
Innowymiarowiec spojrzał na niego swoim jednym, złocistym okiem i osunął z twarzy okrycie, ściskał je teraz w lekko zaciśniętej dłoni.
- Ja...nie mam forsy na zapłacenie za twoją protezę... - Odwrócił wzrok zażenowany.
- Jak to..."nie masz"?! - Wściekł się. - Więc po co tyle idziemy?! - Złapał go za kołnierz.
- Hej, hej! Uspokój się, Młody! Będziesz miał tą rękę! - Położył mu dłoń na głowie i odepchnął go. - Ta kobieta pracuje nie tylko za kasę! - Wyjaśnił.
Trzynastolatek zdębiał.
- Co masz przez to na myśli? - Spąsowiał i przygryzł wargę swoimi żyletkowymi kłami próbując poskromić wyobraźnię.
- Na pewno nie to co ty, napaleńcu! - Walnął go w tył głowy otwartą dłonią. - Ogarnij się bo jeszcze ci stanie i będzie siara.
- Aua! Za co to było?! I dostaniesz kiedyś po mordzie za ten tekst! - Warknął łapiąc się za potylicę. - Nie ważne... - Przeczesał średniej długości, ciemne włosy palcami. - Więc jakiego rodzaju zapłaty będziemy mogli jej udzielić?
- Ona lubi...robić eksperymenty. - Zaśmiał się nerwowo.
- Eksperymenty? - Wytrzeszczył gały, poczuł, że przewraca mu się w żołądku...czy wszyscy w tym wymiarze to świry bez ludzkich odruchów?!
- Taaa...ona fascynuje się istotami z innych wymiarów, ale jest tu uziemiona bo współpracowała z "Podziemiem", potem chlapnęła ozorem o kilku starych towarzyszach, więc ci u władzy dali jej żyć, ale ma zakaz opuszczania kraju...mimo, że jest kablem można jej zaufać, można powiedzieć, że jest spoko, nas na pewno nie wyda, może nawet ja polubisz...a uwierz, na dużo do polubienia. - Zaśmiał się perwersyjnie przykładając dłonie do swojego torsu i podkreślając to, jak spore atuty posiada owa kobieta.
Piwnooki odwrócił wzrok, kąciki jego ust uniosły się lekko.
- Przekonałeś mnie. - Powiedział cicho.
Dream Demon parsknął śmiechem.
- I spokojnie, ona nie jest jakoś specjalnie przerażająca...przypomina człowieka, radzę jej jednak nie rozzłościć bo potrafi zmienić się w prawdziwą bestię. - Wzdrygnął się, a jego twarz wykrzywiła się w grymasie przerażenia.
- "Osoba której boi się nawet Cipher? To musi być na prawdę straszna kobieta..." - Przeszło Dip'owi przez myśl.
- Bestię? Często się przy tobie denerwowała? - Usiadł na ziemi (lub raczej piachu), zaczynało się ściemniać.
Jego rozmówca wciąż stał nieruchomo, spuścił wzrok.
- Well...Ja...byłem z nią kiedyś...i no... - Odchrząknął spalając buraka. - Nie chciałbym do tego wracać... - Wsunął rękę pod swój kaptur i podrapał się po karku. - Bye the way, Pine Tree! Już od dłuższego czasu nie wieje, można by się tu zatrzymać...niebezpiecznie jest podróżować po pustyni nocą... - Zmienił temat.
- A co? jesteśmy w świecie minecraft'a? - Zachichotał.
- Nie...co to jest? - Zadał pytanie z powagą na twarzy. - Nie słyszałem o takim wymiarze...ale to raczej niemożliwe byś wiedział coś o czym ja nigdy nie słyszałem. - Nadymał policzki.
Pines przez chwilę milczał lustrując Billa wzrokiem, po czym wybuchnął maniakalnym śmiechem, z jego oczu lały się łzy, przetarł oczy dłonią i widząc zdziwioną minę Billa wydusił z siebie odpowiedź.
- N-nie! Minecraft to jest taka gra! Dość popularna na Ziemi...tworzysz tam własny świat, walczysz z potworami, zdobywasz doświadczenie itp. - Zaczął definiować gierkę. - W nocy jest w tym świecie niebezpiecznie i pojawiają się w nim różne monstra. - Gestykulował dłonią by pomóc złotookiemu w zrozumieniu tego.
- Więc to zabawa w Boga? Czy to nie jest według ludzi niehumanitarne? - Zrobił dzióbek nie ogarniając o co dokładniej chodzi chłopcu, a to, że ten machał ręką na prawo i lewo dodatkowo go dezorientowało.
- To tylko gra, nic w jej świecie nie jest prawdziwe. - Powtórzył.
- Ah! Rozumiem...symulacja! - Przyłożył palec wskazujący i kciuk do podbródka.
- Można tak to ująć. - Uśmiechnął się pół-demon. - Tak a propos...jak myślisz, co z tamtą kobietą i żołnierzami? - Spoważniał, ostatnio musieli przed nimi uciekać przez miasto, Bill zdecydował się na podróż przez pustynię bo drogi blisko miasteczek i miejskich dżungli były dla nich problematyczne.
- Amiherie nie odpuści tak łatwo, jej "psy gończe" są niezawodne...dlatego musimy jak najszybciej dotrzeć na miejsce. Do Lighty... - Wyciągnął w jego stronę dłoń, ten zawahał się, w końcu podał mu, swoją jedyną, lewą rękę i wstał z jego pomocą.
- Czyli nie będzie przerwy. - Westchnął. - A sam ja proponowałeś. - Wyszczerzył kły.
- Rozmyśliłem się Pine Tree.
Dipper spodziewał się takiej odpowiedzi.
- Masz kobiece humorki. - Stwierdził żartobliwie.
- Może i tak, a ty jesteś niewyżytym nastolatkiem, więc mnie nie oceniaj, jednoręki. - Pstryknął go w nos, a ten zacisnął zęby.
- Ale mnie irytujesz...Panienko z okresem. - Jęknął.
- I Vice Versa...czekaj...CO?! Odwołaj to! - Pisnął podminowany.
- Nigdy! - Wystawił mu język.
- Ah tak? W takim razie nie ma zmiłuj! - Pociągnął go za sobą.
- H-hej! - Zawołał zaskoczony nagłym ruchem ze strony "dwudziestoparolatka".
- Hmm? - Spytał wciąż biegnąc przed siebie trzymając go za rękaw.
- Zostawiłeś tam swój szalik! - Prychnął.
- Bywa. - Odwrócił się i posłał mu uśmiech, ten się zaczerwienił.
- Niech ci będzie...ale mogą nas po nim wykryć! A to mi się nie uśmiecha... - Powiedział zdenerwowany jego lekkomyślnością.
- Wyluzuj, na tym polega zabawa, Pine Tree! - Zaśmiał się dziecinnie i mrugnął do niego, ten mimowolnie mu zawtórował.
***
Trzynastoletnia dziewczyna otworzyła oczy, wszystko ją bolało...w okół było ciemno, nie mogła się ruszyć.
- Gdzie ja...jestem? - Jęknęła do samej siebie, chciała wstać, ale nie mogła.
- Nie radzę ci się przemęczać...z tego co słyszałem jesteś częściowo sparaliżowana, zbędny wysiłek tylko ci zaszkodzi. - Usłyszała męski, zmęczony głos, spostrzegła, że jest zamknięta w celi, a ktoś siedzi na ziemi na przeciw niej.
- Kim jesteś? - Spytała z ledwością.
- Hmm...znają mnie pod różnymi imionami...ale ty znaj mnie jako Stanforda, Stanforda Pines'a.
Włóczył się leniwie za Billem, wsłuchując się w jego marudzenie.
- Jak ja nienawidzę piachu, jest wszędzie, nie ma chyba wymiaru, w którym nie byłoby tego irytującego czegoś. - Biadolił, a jego głos był przytłumiony przez szal, którym owiniętą miał twarz.
Szatyn przewrócił oczami.
- To twoja wina, sam chciałeś iść przez pustynię. - Rzekł wzruszając ramionami, wysoka temperatura i wpadający do ust i pod powieki piasek mu nie przeszkadzał, to była zdaniem Billa wina Demonifikacji.
Młodszy z nich dziwił się, przecież Cipher odczuwał nieprzyjemne warunki.
- Jak to działa? No...to, że mi to nie sprawia problemu, a tobie tak...nie powinno być na odwrót? - Uniósł brew, przecież to jego rozmówca powinien mieć większą odporność na trudne warunki.
Blondyn zaśmiał się.
- Nie, nie, nie! Źle to rozumiesz, myślisz zbyt ludzko...to, że w twoich żyłach krąży moja krew nie oznacza, że twoje umiejętności będą takie same...energia to energia, dostosowuje się do każdej istoty indywidualnie, jej się nie dziedziczy czy coś. - Wyjaśnił nie odwracając się w jego stronę. - Z moich obserwacji wynika, że twoja wytrzymałość zwiększyła się kilkunastokrotnie, możliwe, że będzie rosnąć stale. - Dodał.
- Wytrzymałość? - Zdziwił się.
- Tak, idziemy już dość długo nawet jak dla mnie, a ty nie wydajesz się być zmęczony, odczuwać pragnienia czy bólu...a te prowizoryczne środki znieczulające powinny już od dawna nie działać. - Uśmiechnął się nieznacznie i poprawił czarny szalik.
- F-faktycznie... - Przypomniał sobie o ohydnych środkach, którymi faszerował go demon, wzdrygnął się.
Szli przez chwilę w ciszy, aż jednooki przerwał ją by powiedzieć co mu leży na sercu.
- Muszę ci się do czegoś przyznać, Pine Tree... - Spochmurniał.
Pines podniósł na niego wzrok, obaj się zatrzymali.
- O co chodzi? - Przełknął ślinę, to musiało być coś poważnego.
Innowymiarowiec spojrzał na niego swoim jednym, złocistym okiem i osunął z twarzy okrycie, ściskał je teraz w lekko zaciśniętej dłoni.
- Ja...nie mam forsy na zapłacenie za twoją protezę... - Odwrócił wzrok zażenowany.
- Jak to..."nie masz"?! - Wściekł się. - Więc po co tyle idziemy?! - Złapał go za kołnierz.
- Hej, hej! Uspokój się, Młody! Będziesz miał tą rękę! - Położył mu dłoń na głowie i odepchnął go. - Ta kobieta pracuje nie tylko za kasę! - Wyjaśnił.
Trzynastolatek zdębiał.
- Co masz przez to na myśli? - Spąsowiał i przygryzł wargę swoimi żyletkowymi kłami próbując poskromić wyobraźnię.
- Na pewno nie to co ty, napaleńcu! - Walnął go w tył głowy otwartą dłonią. - Ogarnij się bo jeszcze ci stanie i będzie siara.
- Aua! Za co to było?! I dostaniesz kiedyś po mordzie za ten tekst! - Warknął łapiąc się za potylicę. - Nie ważne... - Przeczesał średniej długości, ciemne włosy palcami. - Więc jakiego rodzaju zapłaty będziemy mogli jej udzielić?
- Ona lubi...robić eksperymenty. - Zaśmiał się nerwowo.
- Eksperymenty? - Wytrzeszczył gały, poczuł, że przewraca mu się w żołądku...czy wszyscy w tym wymiarze to świry bez ludzkich odruchów?!
- Taaa...ona fascynuje się istotami z innych wymiarów, ale jest tu uziemiona bo współpracowała z "Podziemiem", potem chlapnęła ozorem o kilku starych towarzyszach, więc ci u władzy dali jej żyć, ale ma zakaz opuszczania kraju...mimo, że jest kablem można jej zaufać, można powiedzieć, że jest spoko, nas na pewno nie wyda, może nawet ja polubisz...a uwierz, na dużo do polubienia. - Zaśmiał się perwersyjnie przykładając dłonie do swojego torsu i podkreślając to, jak spore atuty posiada owa kobieta.
Piwnooki odwrócił wzrok, kąciki jego ust uniosły się lekko.
- Przekonałeś mnie. - Powiedział cicho.
Dream Demon parsknął śmiechem.
- I spokojnie, ona nie jest jakoś specjalnie przerażająca...przypomina człowieka, radzę jej jednak nie rozzłościć bo potrafi zmienić się w prawdziwą bestię. - Wzdrygnął się, a jego twarz wykrzywiła się w grymasie przerażenia.
- "Osoba której boi się nawet Cipher? To musi być na prawdę straszna kobieta..." - Przeszło Dip'owi przez myśl.
- Bestię? Często się przy tobie denerwowała? - Usiadł na ziemi (lub raczej piachu), zaczynało się ściemniać.
Jego rozmówca wciąż stał nieruchomo, spuścił wzrok.
- Well...Ja...byłem z nią kiedyś...i no... - Odchrząknął spalając buraka. - Nie chciałbym do tego wracać... - Wsunął rękę pod swój kaptur i podrapał się po karku. - Bye the way, Pine Tree! Już od dłuższego czasu nie wieje, można by się tu zatrzymać...niebezpiecznie jest podróżować po pustyni nocą... - Zmienił temat.
- A co? jesteśmy w świecie minecraft'a? - Zachichotał.
- Nie...co to jest? - Zadał pytanie z powagą na twarzy. - Nie słyszałem o takim wymiarze...ale to raczej niemożliwe byś wiedział coś o czym ja nigdy nie słyszałem. - Nadymał policzki.
Pines przez chwilę milczał lustrując Billa wzrokiem, po czym wybuchnął maniakalnym śmiechem, z jego oczu lały się łzy, przetarł oczy dłonią i widząc zdziwioną minę Billa wydusił z siebie odpowiedź.
- N-nie! Minecraft to jest taka gra! Dość popularna na Ziemi...tworzysz tam własny świat, walczysz z potworami, zdobywasz doświadczenie itp. - Zaczął definiować gierkę. - W nocy jest w tym świecie niebezpiecznie i pojawiają się w nim różne monstra. - Gestykulował dłonią by pomóc złotookiemu w zrozumieniu tego.
- Więc to zabawa w Boga? Czy to nie jest według ludzi niehumanitarne? - Zrobił dzióbek nie ogarniając o co dokładniej chodzi chłopcu, a to, że ten machał ręką na prawo i lewo dodatkowo go dezorientowało.
- To tylko gra, nic w jej świecie nie jest prawdziwe. - Powtórzył.
- Ah! Rozumiem...symulacja! - Przyłożył palec wskazujący i kciuk do podbródka.
- Można tak to ująć. - Uśmiechnął się pół-demon. - Tak a propos...jak myślisz, co z tamtą kobietą i żołnierzami? - Spoważniał, ostatnio musieli przed nimi uciekać przez miasto, Bill zdecydował się na podróż przez pustynię bo drogi blisko miasteczek i miejskich dżungli były dla nich problematyczne.
- Amiherie nie odpuści tak łatwo, jej "psy gończe" są niezawodne...dlatego musimy jak najszybciej dotrzeć na miejsce. Do Lighty... - Wyciągnął w jego stronę dłoń, ten zawahał się, w końcu podał mu, swoją jedyną, lewą rękę i wstał z jego pomocą.
- Czyli nie będzie przerwy. - Westchnął. - A sam ja proponowałeś. - Wyszczerzył kły.
- Rozmyśliłem się Pine Tree.
Dipper spodziewał się takiej odpowiedzi.
- Masz kobiece humorki. - Stwierdził żartobliwie.
- Może i tak, a ty jesteś niewyżytym nastolatkiem, więc mnie nie oceniaj, jednoręki. - Pstryknął go w nos, a ten zacisnął zęby.
- Ale mnie irytujesz...Panienko z okresem. - Jęknął.
- I Vice Versa...czekaj...CO?! Odwołaj to! - Pisnął podminowany.
- Nigdy! - Wystawił mu język.
- Ah tak? W takim razie nie ma zmiłuj! - Pociągnął go za sobą.
- H-hej! - Zawołał zaskoczony nagłym ruchem ze strony "dwudziestoparolatka".
- Hmm? - Spytał wciąż biegnąc przed siebie trzymając go za rękaw.
- Zostawiłeś tam swój szalik! - Prychnął.
- Bywa. - Odwrócił się i posłał mu uśmiech, ten się zaczerwienił.
- Niech ci będzie...ale mogą nas po nim wykryć! A to mi się nie uśmiecha... - Powiedział zdenerwowany jego lekkomyślnością.
- Wyluzuj, na tym polega zabawa, Pine Tree! - Zaśmiał się dziecinnie i mrugnął do niego, ten mimowolnie mu zawtórował.
***
Trzynastoletnia dziewczyna otworzyła oczy, wszystko ją bolało...w okół było ciemno, nie mogła się ruszyć.
- Gdzie ja...jestem? - Jęknęła do samej siebie, chciała wstać, ale nie mogła.
- Nie radzę ci się przemęczać...z tego co słyszałem jesteś częściowo sparaliżowana, zbędny wysiłek tylko ci zaszkodzi. - Usłyszała męski, zmęczony głos, spostrzegła, że jest zamknięta w celi, a ktoś siedzi na ziemi na przeciw niej.
- Kim jesteś? - Spytała z ledwością.
- Hmm...znają mnie pod różnymi imionami...ale ty znaj mnie jako Stanforda, Stanforda Pines'a.
poniedziałek, 11 kwietnia 2016
Rozdział 10 - Historia Lubi Się Powtarzać (Finał, część 3 z 5)
- Nie macie jak uciec, Cipher i wszyscy, którzy mieli bezpośrednią styczność z projektem zaginania czasu i przestrzeni zostaną aresztowani i wywiezieni do Nowej Generacji Więzienia Amsessae, gdzie przeprowadzi się na nich zabieg wyrywania pamięci, po którym dokonana zostanie egzekucja publiczna. - Demon spojrzał w stronę, z której dochodził głos, głos niezwykle piskliwy i irytujący.
Spośród żołnierzy wyłoniła się smukła kobieta, bez zbroi.
Była ubrana w dziwny sposób, prawie wszystko odsłaniający...jakby było co! Jej ciało pokrywały odłamki jakby...kryształu górskiego, wydawało się, że gdyby ktoś próbował ją dotknąć mógłby się nieźle pokaleczyć, miała złoto-fioletowe wyłupiaste oczy i długie do ziemi szmaragdowe włosy.
- Czekajcie, że co?! Egzekucja? Przecież ja próbowałem temu zapobiec! To on chciał wykorzystać portal! Rozumiecie? Dipper DOBRY, Bill ZŁY! - Zaczął panikować szatyn, nie mógł uwierzyć, że przez jednookiego to wszystko się skończy w ten sposób.
- Nie pomagasz młody, oni cię nie posłuchają...ta sztywniara to Amiherie Otosvyes, taki...mega prawnik...czyste zło. - Szepnął blondyn.
- Prymitywna ludzka istoto, jak śmiesz zwracać się do mnie takim tonem? Wiedziałam, że na tej planecie formy życia są nawet za głupie na niewolników, czy też barbarzyńców...ale teraz widzę, że nie dorastacie inteligencją robalom kopalnianym. - Parsknęła niezwykle irytującym śmiechem, Dip miał ochotą jej przywalić prosto w pysk.
Wycelowała w Dippera jednym ze swoich szponów i mruknęła coś pod nosem, on wydał z siebie nieludzki krzyk, poczuł jakby każdy skrawek jego ciała przeszywały rozżarzone ostrza.
- Wait! Wait Ami! - Krzyknął Dream Demon. - PRZESTAŃ! Nie można używać energii 7 stopnia do tortur na prymitywnych formach życia! To niepoprawne! Nawet ja tak nie robię! - Zaczął wrzeszczeć, ale ona go nie posłuchała, kontynuowała swoje zabawy (jakkolwiek nie miałoby to zabrzmieć)...Złotooki nie mógł nic zrobić, gdyby złapał Pines'a za rękę mógłby zostać ogłuszony, a wtedy nie ochroniłby ani jego, ani siebie...to byłoby jakby porażenie prądem, nie mógł, nie potrafił się przemóc...ale w takim tempie dwunastolatek by... - Proszę, przystań! - Z jego oka lały się łzy. - Ja oddam wam moje drugie oko...wiem, ze go chcecie...jeśli go zostawicie to ono będzie wasze, tak jak moje życie! - Po tych słowach wszyscy patrzyli na niego w osłupieniu, Dipper opadł na ziemię gdy kobieta zaprzestała znęcania się, nie mógł z siebie wydusić słowa, ale jego usta niemo wyszeptały "Nie!".
- Skoro tak to, Panowie, zakuć go w kajdany...! - Nakazała Otosvyes.
Bill uśmiechnął się chytrze i rzucił się na ciało chłopca, które ledwo utrzymywało w sobie jego duszę, przerzucił je przez ramię i z niesamowitą prędkością wskoczył do portalu.
- STAĆ! ZATRZYMAĆ GO! - Mała grupka wojowników wycelowała w niego swoje karabiny, nie zdążyli...ostatnim co po nim pozostało był odbijający się echem od ścian okrzyk "Niczego nie żałuję!".
- CIPHER! - Przywódca straży odwrócił się w stronę swojej "przełożonej". - To Pani wina! Gdyby nie Pani zabawy już dawno schwytalibyśmy tego zdeprawowanego opętańca! - Burknął.
- Strażniku, to istna niesubordynacja! Jesteś tylko wojownikiem, brak ci rozumu naukowca czy osoby obeznanej z prawem więc proszę o zaprzestanie tych... - ucięła zdanie - niezwykle irytujących uwag. - Odwróciła się do niego plecami. - A ja nie spocznę puki on żyje...
***
Dipper otworzył oczy, promienie słońca parzyły jego skórę, było niezwykle gorąco, ale dało się to znieść.
Ziewnął przeciągając się.
- Więc to był tylko sen? - Uśmiechnął się, ale po chwili zauważył, że nie jest w swoim pokoju tylko w jakimś zrujnowanym pomieszczeniu, było zbudowane z nieznanego materiału przypominającego kruszący się bursztyn, po podłodze porozrzucane były różnego typu urządzenia, a sama posadzka wydawała się być brudna jakby ktoś wylał na nią wiadro z błotem.
- O, Śpiąca Królewna w końcu się wybudziła! - Usłyszał znajomy głos, jednak nie był z tego zadowolony.
- Cipher, gdzie jes... - Nie dokończył pytania, gdyż ktoś już wlewał mu do gardła ciepły płyn.
Pines zakrztusił się.
- Pij... - Nakazał demon gdy ten przestał kaszleć, wepchnął mu do lewej dłoni kubek, no właśnie...lewej... - Musisz odzyskać siły...nie zdołałem uratować twojej prawej ręki... - Wskazał palcem na zabandażowany kikut odrobinę przesiąknięty krwią z ropą.
Piwnooki wciągnął głośno powietrze.
- Ale ja nie czuję bólu...jak to możliwe? - W jego oczach lśniły łzy.
- Lekarstwa przeciwbólowe z mojej ojczyzny... i Trochę mojej krwi...była potrzebna transplantacja, a nie było innego dawcy...Moja krew powinna cię zabić, ale jakimś cudem wytrwałeś...Może dlatego, że nie jesteś do końca człowiekiem? - Wzruszył ramionami.
Młodszy z rozmówców zacisnął zęby...to było straszne, ale lepsze od śmierci w Międzygalaktycznym więzieniu dla największych przestępców, zauważył, że innowymiarowiec nie ma na sobie złocistych, eleganckich ubrań tylko czarny, skórzany (tak przynajmniej wyglądał) płaszcz z kapturem i coś na wzór kimona...nosił ciężkie, żelazne buty, a zamiast opaski, jego oko było zabandażowane szarą, podartą szmatą.
- Gdzie jesteśmy? - Powtórzył pytanie Pines popijając bezsmakową, wrzącą ciecz o zapachu jęczmienia i kolorze denaturatu.
- W moim starym domu...a właściwie w ruinach...Portal przeniósł nas tutaj z mojego rozkazu, tu nikt się nie powinien zapuszczać...to zgliszcza.
- Oh... - Chłopiec zacisnął palce lewej dłoni na glinianopodobnym naczyniu, wpatrywał się w resztki napoju, widział odbicie swoich oczu, jedno z nich było czarno-złociste...- Czemu? Mogłeś uciec...a teraz masz mnie na karku, będę cie spowalniał i w dodatku musiałeś mi oddać swoją krew...i stwierdziłeś, że nie jestem do końca człowiekiem...Nie łapię, dlaczego? - Zamknął oczy i położył się z powrotem na miękkim materiale..to były chyba futra zwierząt, albo stare ubrania...
- Nie mógłbym...nie mógłbym zostawić potomka Alishy... - Odwrócił wzrok, teraz patrzył przez framugę okna na pomarańczowe niebo, na którym wisiały dwa słońca otoczone małymi gwiazdami, małymi z tej perspektywy. - A co do krwi, gdyby nie ona nie mógłbyś znieść stężenia cząsteczek duchowych, już ci o tym wspominałem, niestety zostały po tym skutki uboczne, spałeś dwa tygodnie, a zacząłeś się zmieniać kilka dni temu... - Zbliżył się do chłopaka i zaczął badać wzrokiem jego twarz, położył dłoń na jego podbródku, a drugą otworzył jego usta, widać było, że zęby są spiczaste, jak u demona. - No cóż...małe różnice...masz jedno demoniczne oko, kły i sczerniałe włosy...nic nadzwyczajnego...gdyby coś się nie udało to mógłbyś nawet pokryć się łuską. - Zaśmiał się, ale Dipowi nie było do śmiechu.
- Szczerzę cię nie znoszę... - Jęknął.
Spośród żołnierzy wyłoniła się smukła kobieta, bez zbroi.
Była ubrana w dziwny sposób, prawie wszystko odsłaniający...jakby było co! Jej ciało pokrywały odłamki jakby...kryształu górskiego, wydawało się, że gdyby ktoś próbował ją dotknąć mógłby się nieźle pokaleczyć, miała złoto-fioletowe wyłupiaste oczy i długie do ziemi szmaragdowe włosy.
- Czekajcie, że co?! Egzekucja? Przecież ja próbowałem temu zapobiec! To on chciał wykorzystać portal! Rozumiecie? Dipper DOBRY, Bill ZŁY! - Zaczął panikować szatyn, nie mógł uwierzyć, że przez jednookiego to wszystko się skończy w ten sposób.
- Nie pomagasz młody, oni cię nie posłuchają...ta sztywniara to Amiherie Otosvyes, taki...mega prawnik...czyste zło. - Szepnął blondyn.
- Prymitywna ludzka istoto, jak śmiesz zwracać się do mnie takim tonem? Wiedziałam, że na tej planecie formy życia są nawet za głupie na niewolników, czy też barbarzyńców...ale teraz widzę, że nie dorastacie inteligencją robalom kopalnianym. - Parsknęła niezwykle irytującym śmiechem, Dip miał ochotą jej przywalić prosto w pysk.
Wycelowała w Dippera jednym ze swoich szponów i mruknęła coś pod nosem, on wydał z siebie nieludzki krzyk, poczuł jakby każdy skrawek jego ciała przeszywały rozżarzone ostrza.
- Wait! Wait Ami! - Krzyknął Dream Demon. - PRZESTAŃ! Nie można używać energii 7 stopnia do tortur na prymitywnych formach życia! To niepoprawne! Nawet ja tak nie robię! - Zaczął wrzeszczeć, ale ona go nie posłuchała, kontynuowała swoje zabawy (jakkolwiek nie miałoby to zabrzmieć)...Złotooki nie mógł nic zrobić, gdyby złapał Pines'a za rękę mógłby zostać ogłuszony, a wtedy nie ochroniłby ani jego, ani siebie...to byłoby jakby porażenie prądem, nie mógł, nie potrafił się przemóc...ale w takim tempie dwunastolatek by... - Proszę, przystań! - Z jego oka lały się łzy. - Ja oddam wam moje drugie oko...wiem, ze go chcecie...jeśli go zostawicie to ono będzie wasze, tak jak moje życie! - Po tych słowach wszyscy patrzyli na niego w osłupieniu, Dipper opadł na ziemię gdy kobieta zaprzestała znęcania się, nie mógł z siebie wydusić słowa, ale jego usta niemo wyszeptały "Nie!".
- Skoro tak to, Panowie, zakuć go w kajdany...! - Nakazała Otosvyes.
Bill uśmiechnął się chytrze i rzucił się na ciało chłopca, które ledwo utrzymywało w sobie jego duszę, przerzucił je przez ramię i z niesamowitą prędkością wskoczył do portalu.
- STAĆ! ZATRZYMAĆ GO! - Mała grupka wojowników wycelowała w niego swoje karabiny, nie zdążyli...ostatnim co po nim pozostało był odbijający się echem od ścian okrzyk "Niczego nie żałuję!".
- CIPHER! - Przywódca straży odwrócił się w stronę swojej "przełożonej". - To Pani wina! Gdyby nie Pani zabawy już dawno schwytalibyśmy tego zdeprawowanego opętańca! - Burknął.
- Strażniku, to istna niesubordynacja! Jesteś tylko wojownikiem, brak ci rozumu naukowca czy osoby obeznanej z prawem więc proszę o zaprzestanie tych... - ucięła zdanie - niezwykle irytujących uwag. - Odwróciła się do niego plecami. - A ja nie spocznę puki on żyje...
***
Dipper otworzył oczy, promienie słońca parzyły jego skórę, było niezwykle gorąco, ale dało się to znieść.
Ziewnął przeciągając się.
- Więc to był tylko sen? - Uśmiechnął się, ale po chwili zauważył, że nie jest w swoim pokoju tylko w jakimś zrujnowanym pomieszczeniu, było zbudowane z nieznanego materiału przypominającego kruszący się bursztyn, po podłodze porozrzucane były różnego typu urządzenia, a sama posadzka wydawała się być brudna jakby ktoś wylał na nią wiadro z błotem.
- O, Śpiąca Królewna w końcu się wybudziła! - Usłyszał znajomy głos, jednak nie był z tego zadowolony.
- Cipher, gdzie jes... - Nie dokończył pytania, gdyż ktoś już wlewał mu do gardła ciepły płyn.
Pines zakrztusił się.
- Pij... - Nakazał demon gdy ten przestał kaszleć, wepchnął mu do lewej dłoni kubek, no właśnie...lewej... - Musisz odzyskać siły...nie zdołałem uratować twojej prawej ręki... - Wskazał palcem na zabandażowany kikut odrobinę przesiąknięty krwią z ropą.
Piwnooki wciągnął głośno powietrze.
- Ale ja nie czuję bólu...jak to możliwe? - W jego oczach lśniły łzy.
- Lekarstwa przeciwbólowe z mojej ojczyzny... i Trochę mojej krwi...była potrzebna transplantacja, a nie było innego dawcy...Moja krew powinna cię zabić, ale jakimś cudem wytrwałeś...Może dlatego, że nie jesteś do końca człowiekiem? - Wzruszył ramionami.
Młodszy z rozmówców zacisnął zęby...to było straszne, ale lepsze od śmierci w Międzygalaktycznym więzieniu dla największych przestępców, zauważył, że innowymiarowiec nie ma na sobie złocistych, eleganckich ubrań tylko czarny, skórzany (tak przynajmniej wyglądał) płaszcz z kapturem i coś na wzór kimona...nosił ciężkie, żelazne buty, a zamiast opaski, jego oko było zabandażowane szarą, podartą szmatą.
- Gdzie jesteśmy? - Powtórzył pytanie Pines popijając bezsmakową, wrzącą ciecz o zapachu jęczmienia i kolorze denaturatu.
- W moim starym domu...a właściwie w ruinach...Portal przeniósł nas tutaj z mojego rozkazu, tu nikt się nie powinien zapuszczać...to zgliszcza.
- Oh... - Chłopiec zacisnął palce lewej dłoni na glinianopodobnym naczyniu, wpatrywał się w resztki napoju, widział odbicie swoich oczu, jedno z nich było czarno-złociste...- Czemu? Mogłeś uciec...a teraz masz mnie na karku, będę cie spowalniał i w dodatku musiałeś mi oddać swoją krew...i stwierdziłeś, że nie jestem do końca człowiekiem...Nie łapię, dlaczego? - Zamknął oczy i położył się z powrotem na miękkim materiale..to były chyba futra zwierząt, albo stare ubrania...
- Nie mógłbym...nie mógłbym zostawić potomka Alishy... - Odwrócił wzrok, teraz patrzył przez framugę okna na pomarańczowe niebo, na którym wisiały dwa słońca otoczone małymi gwiazdami, małymi z tej perspektywy. - A co do krwi, gdyby nie ona nie mógłbyś znieść stężenia cząsteczek duchowych, już ci o tym wspominałem, niestety zostały po tym skutki uboczne, spałeś dwa tygodnie, a zacząłeś się zmieniać kilka dni temu... - Zbliżył się do chłopaka i zaczął badać wzrokiem jego twarz, położył dłoń na jego podbródku, a drugą otworzył jego usta, widać było, że zęby są spiczaste, jak u demona. - No cóż...małe różnice...masz jedno demoniczne oko, kły i sczerniałe włosy...nic nadzwyczajnego...gdyby coś się nie udało to mógłbyś nawet pokryć się łuską. - Zaśmiał się, ale Dipowi nie było do śmiechu.
- Szczerzę cię nie znoszę... - Jęknął.
sobota, 27 lutego 2016
Rozdział 9 - Historia Lubi Się Powtarzać (Finał, część 2 z 5)
Minęło już kilka godzin, Bill wciąż kręcił się po pokoju co chwilę spoglądając to na portal, to na rannego Dippera.
- Więc mówisz, że byłeś jako dziecko niewolnikiem...po czym zostałeś wykupiony przez bogatego lorda, który cię torturował za niewykonanie najdurniejszego polecenia...? - Chciał się upewnić młody Pines, przygryzając dolną wargę uderzał pięścią o swoją stłuczoną łydkę, mimo tego, że Bill mógł kłamać historia była tak fascynująca! - Gdybym tylko miał jakiś notes...powstałaby najbardziej ekscytująca biografia świata! - Stwierdził.
- Sądzisz, Kid? - Uniósł lewą brew złotowłosy.
- Jak najbardziej! A...co było potem? - Podniecenie chłopca rosło z każdą sekundą, niemal zapomniał o swoich problemach, to było tak...wspaniałe! Przypominało mu się dzieciństwo, gdy matka czytała mu i Mabel niesamowite historie o potworach, rycerzach, czarownikach...ale nie...jednak to było coś zupełnie innego! Wtedy wiedział, że to tylko bajki, a tą historię ktoś przeżył, prawie na pewno, na prawdę!
- Po wielu latach upokorzeń i pokornej służby, mojemu "Panu" zachciało się podróży na front, pragnął pozabijać wrogów narodu, skąpać się w ich cząsteczkach duchowych...ja zostałem w rezydencji z innymi niewolnikami i służbą, miałem wtedy okazję do ucieczki... - Przysiadł na chwilę na gruzie i westchnął.
- Udało ci się za pierwszym razem? - Szatyn wpatrywał się w demona jak w obrazek, obraz namalowany krwią dziewic i łzami sierot, Dipper aż miał ochotę go spytać, czy nie pożyczyć mu ołówka...bo taki właśnie był Bill, emanowała od niego nienawiść, cierpienie, furia i pogarda.
- Tak...za pierwszym razem...nikt nie przejąłby się przecież jednym z setek niewolników! - Zaśmiał się bez krzty radości. - Uciekłem do kryształowych lasów nieopodal stolicy mojego kraju...spędziłem w tej głuszy kilka dobrych miesięcy...w końcu napotkałem grupkę "ludzi", byli to rebelianci, jeden z nich złapał mnie za rękę i zaczął biec za resztą, wyrywałem się, dopiero po chwili zrozumiałem, że mnie uratował...nie zostawił mnie gdy akurat przejeżdżał tamtędy patrol...i tak przyłączyłem się do rebelii...byłem mały, najmłodszy z nich, szybki i zwinny, kradłem dla nich broń, pożywienie i materiały, do tego fachu pasowałem wręcz idealnie! - Zaczął wpatrywać się w swoją prawą rękę, pstrykał palcami ze znużeniem.
- Wow... - Wydusił piwnooki. - Nie wyglądasz mi jednak na rebelianta... - Skomentował z wrednym uśmieszkiem szykowny ubiór Dream Demona.
- Cicho tam... - Wystawił mu język mężczyzna i kontynuował opowieść. - Tak minęło, w przełożeniu na wasze, pięć kolejnych lat mojego życia...tamtego dnia kończyłem moją przysłowiową "siedemnastkę", moim prezentem było...obrabowanie największego magazynu z bronią w całej krainie! - W jego oku pojawił się blask wspomnień, złych wspomnień. - Ale...coś poszło nie tak...żołnierze to przewidzieli, wpadliśmy w zasadzkę, czworo naszych zostało zabitych na naszych oczach...i zanim spytasz - tak, miałem wtedy OCZY, to prawe straciłem później Pine Tree. - Wymruczał Cipher zirytowany pytającym spojrzeniem dzieciaka.
- A jak je...straciłeś? - Odwrócił wzrok szatyn, to było krępujące pytanie.
- Ja...do tego zmierzam. - Odrzekł. - Po tych wydarzeniach wpadłem w ciężką depresję, nie byłem w stanie nic z siebie wykrzesać, wtedy zaczęli ginąć inni z mojej grupy. Wziąłem się za siebie jednak straciłem dawną formę, nie miałem kondycji...zostałem złapany przez moich wrogów i... - Nie było mu dane dokończyć zdania.
- Bill Cipher! - Usłyszał od strony portalu, spojrzał tam i ujrzał...kilku żołnierzy, wielu przechodziło jeszcze przez portal, po chwili grupka była pięciokrotnie większa. Demon odskoczył jak poparzony.
- Skąd wy się tu...Skąd tu strażnicy uniwersów? - W jego oczach lśniło przerażenie, cofnął się jeszcze o kilka kroków, stał teraz po lewej stronie Dippera.
- Cipher? Kim oni są? - Wciągnął gwałtownie powietrze Dip gdy przez jego ciało przeszła fala bólu, złapał się za ranę na brzuchu, do której przylepił się boleśnie materiał koszulki, zaczęła się toczyć ropa zmieszana ze szkarłatną posoką.
- Ktoś kogo nie powinieneś był spotkać nigdy w swoim żałosnym ludzkim życiu...na prawdę masz pecha...Przy nich...ja jestem milusi jak owieczka...- Syknął o mało co nie dusząc się podczas wypowiedzi. - Ty coś o tym wiesz...co nie? - Zarechotał.
- Dupek...Dobra, wystraszyłem się...no proszę,
czyli jest coś straszniejszego niż niedoprawione dorito!- Zrobił dzióbek.
- Serio? W takiej chwili? - Skomentował demon napinając mięśnie pleców.
- A będę miał inną okazję...? - Odparował Pines marszcząc nos.
- Nie sądzę...więc jeśli masz mi coś do powiedzenia streszczaj się... - Zacisnął powiekę Bill gdy zauważył, że przywódca grupy żołnierzy celuje w niego bronią w milczeniu.
- Bill, znamy się od dawna i sądzę, że powinienem być szczery...ty jesteś dla mnie...skończony. Zniszczyłeś mi życie ty głupi Illuminacie! A miałem szansę iść na Harvard! - Pisnął Dipper powoli wstając mimo przeszywającego go bólu, oparł się o jakąś gumową rurę, z której wystawała plątanina kabli po czym kopnął zdezorientowanego demona w kostkę.
- Au! A to za co?! - Wrzasnął Bill, żołnierze patrzyli na tą scenkę, niektórzy z irytacją, inni z rozbawieniem, ich kapitan wydawał się być zniecierpliwiony, jakby czekał na koniec kłótni.
- Jeszcze pytasz za co?! To wszystko twoja wina! Bo nie mogłeś być dobry! Czemu nie?! Po co ci to wszystko! W twojej głowie rozjaśniał kiedyś pomysł "Zniszczę sobie życie jakiegoś dziecka i przy okazji jego świat, bo czemu nie" i bam! Mówisz masz! - Jego usta zwęziły się w cienką kreskę.
- Tak, dokładnie! Obmyśliłem to przy jedzeniu płatków! - Machał rękami złotooki spoglądając z wyrzutem w oczy Dippera.
- Nie chciałbym przerywać tej, jakże uroczej rozmowy panowie,
ale mam pewne zadanie. - Odchrząknął Strażnik odziany w srebrny kombinezon, maskę ochronną i kilka pasów z bronią, w prawej dłoni dzierżył błękitny fikuśny przyrząd wycelowany prosto w twarz Ciphera. - Zostało zgłoszone, że w tej lokalizacji PONOWNIE został uruchomiony portal między-wymiarowy z rąk Billa Mischiefa Ciphera poszukiwanego w czterech uniwersach za : sianie chaosu, propagandy, pranie umysłów, morderstwa i...królobójstwo. Niezła lista Bill. - Przyznał z powagą na twarzy ukrytej pod maską.
- Thanks, Old Friend. - Odrzekł z udawanym szacunkiem odwracając się w stronę strażników.
- Ty mi tu nie "friendój" ścierwo, miałeś zakaz opuszczania wymiaru więziennego, jednak zrobiłeś to ponownie.
- Zostałem tu przywołany, miałem zgodną z prawem transakcję, w czym macie więc problem...waż rząd nie powinien przejmować się polityką wrogich państw...? - Spytał uszczypliwie, Dipper skojarzył go z prawnikami, których można zobaczyć w TV, posługujących się zwięzłą mową, znających najdrobniejszy druczek w kodeksie i posiadających ciętą ripostę na każdą okazję.
- Nie dostałeś zezwolenia na otworzenie tego portalu. - Rozwiązał stworzoną przez Billa pętlę w sekundzie żołnierz.
- Ach tak...Jest jeden problem, nie ja uaktywniłem ten portal. - Zmroził rozmówcę wzrokiem, jego tęczówka była teraz całkowicie czerwona, a twarz zaróżowiła się, tracił cierpliwość. - Zrobił to niejaki Stan Pines.
- Za twoim pośrednictwem, poza tym wyczuliśmy twoje cząsteczki duchowe, nie da się przegapić takiego smrodu. - Dipper mógłby przysiąc, że przeciwnik Billa uśmiechał się pogardliwie pod maską, zdradzał to ton jego głębokiego głosu.
- Ach tak? Wybacz mi to niedopatrzenie, następnym razem zatuszuję moją "zbrodnię" lepiej Psie Gończy. - Warknął Cipher, szatyn nie śmiał się odezwać, jednak wszystko w nim wrzeszczało by to powiedział.
- Cholera, no to już po nas...
- Więc mówisz, że byłeś jako dziecko niewolnikiem...po czym zostałeś wykupiony przez bogatego lorda, który cię torturował za niewykonanie najdurniejszego polecenia...? - Chciał się upewnić młody Pines, przygryzając dolną wargę uderzał pięścią o swoją stłuczoną łydkę, mimo tego, że Bill mógł kłamać historia była tak fascynująca! - Gdybym tylko miał jakiś notes...powstałaby najbardziej ekscytująca biografia świata! - Stwierdził.
- Sądzisz, Kid? - Uniósł lewą brew złotowłosy.
- Jak najbardziej! A...co było potem? - Podniecenie chłopca rosło z każdą sekundą, niemal zapomniał o swoich problemach, to było tak...wspaniałe! Przypominało mu się dzieciństwo, gdy matka czytała mu i Mabel niesamowite historie o potworach, rycerzach, czarownikach...ale nie...jednak to było coś zupełnie innego! Wtedy wiedział, że to tylko bajki, a tą historię ktoś przeżył, prawie na pewno, na prawdę!
- Po wielu latach upokorzeń i pokornej służby, mojemu "Panu" zachciało się podróży na front, pragnął pozabijać wrogów narodu, skąpać się w ich cząsteczkach duchowych...ja zostałem w rezydencji z innymi niewolnikami i służbą, miałem wtedy okazję do ucieczki... - Przysiadł na chwilę na gruzie i westchnął.
- Udało ci się za pierwszym razem? - Szatyn wpatrywał się w demona jak w obrazek, obraz namalowany krwią dziewic i łzami sierot, Dipper aż miał ochotę go spytać, czy nie pożyczyć mu ołówka...bo taki właśnie był Bill, emanowała od niego nienawiść, cierpienie, furia i pogarda.
- Tak...za pierwszym razem...nikt nie przejąłby się przecież jednym z setek niewolników! - Zaśmiał się bez krzty radości. - Uciekłem do kryształowych lasów nieopodal stolicy mojego kraju...spędziłem w tej głuszy kilka dobrych miesięcy...w końcu napotkałem grupkę "ludzi", byli to rebelianci, jeden z nich złapał mnie za rękę i zaczął biec za resztą, wyrywałem się, dopiero po chwili zrozumiałem, że mnie uratował...nie zostawił mnie gdy akurat przejeżdżał tamtędy patrol...i tak przyłączyłem się do rebelii...byłem mały, najmłodszy z nich, szybki i zwinny, kradłem dla nich broń, pożywienie i materiały, do tego fachu pasowałem wręcz idealnie! - Zaczął wpatrywać się w swoją prawą rękę, pstrykał palcami ze znużeniem.
- Wow... - Wydusił piwnooki. - Nie wyglądasz mi jednak na rebelianta... - Skomentował z wrednym uśmieszkiem szykowny ubiór Dream Demona.
- Cicho tam... - Wystawił mu język mężczyzna i kontynuował opowieść. - Tak minęło, w przełożeniu na wasze, pięć kolejnych lat mojego życia...tamtego dnia kończyłem moją przysłowiową "siedemnastkę", moim prezentem było...obrabowanie największego magazynu z bronią w całej krainie! - W jego oku pojawił się blask wspomnień, złych wspomnień. - Ale...coś poszło nie tak...żołnierze to przewidzieli, wpadliśmy w zasadzkę, czworo naszych zostało zabitych na naszych oczach...i zanim spytasz - tak, miałem wtedy OCZY, to prawe straciłem później Pine Tree. - Wymruczał Cipher zirytowany pytającym spojrzeniem dzieciaka.
- A jak je...straciłeś? - Odwrócił wzrok szatyn, to było krępujące pytanie.
- Ja...do tego zmierzam. - Odrzekł. - Po tych wydarzeniach wpadłem w ciężką depresję, nie byłem w stanie nic z siebie wykrzesać, wtedy zaczęli ginąć inni z mojej grupy. Wziąłem się za siebie jednak straciłem dawną formę, nie miałem kondycji...zostałem złapany przez moich wrogów i... - Nie było mu dane dokończyć zdania.
- Bill Cipher! - Usłyszał od strony portalu, spojrzał tam i ujrzał...kilku żołnierzy, wielu przechodziło jeszcze przez portal, po chwili grupka była pięciokrotnie większa. Demon odskoczył jak poparzony.
- Skąd wy się tu...Skąd tu strażnicy uniwersów? - W jego oczach lśniło przerażenie, cofnął się jeszcze o kilka kroków, stał teraz po lewej stronie Dippera.
- Cipher? Kim oni są? - Wciągnął gwałtownie powietrze Dip gdy przez jego ciało przeszła fala bólu, złapał się za ranę na brzuchu, do której przylepił się boleśnie materiał koszulki, zaczęła się toczyć ropa zmieszana ze szkarłatną posoką.
- Ktoś kogo nie powinieneś był spotkać nigdy w swoim żałosnym ludzkim życiu...na prawdę masz pecha...Przy nich...ja jestem milusi jak owieczka...- Syknął o mało co nie dusząc się podczas wypowiedzi. - Ty coś o tym wiesz...co nie? - Zarechotał.
- Dupek...Dobra, wystraszyłem się...no proszę,
czyli jest coś straszniejszego niż niedoprawione dorito!- Zrobił dzióbek.
- Serio? W takiej chwili? - Skomentował demon napinając mięśnie pleców.
- A będę miał inną okazję...? - Odparował Pines marszcząc nos.
- Nie sądzę...więc jeśli masz mi coś do powiedzenia streszczaj się... - Zacisnął powiekę Bill gdy zauważył, że przywódca grupy żołnierzy celuje w niego bronią w milczeniu.
- Bill, znamy się od dawna i sądzę, że powinienem być szczery...ty jesteś dla mnie...skończony. Zniszczyłeś mi życie ty głupi Illuminacie! A miałem szansę iść na Harvard! - Pisnął Dipper powoli wstając mimo przeszywającego go bólu, oparł się o jakąś gumową rurę, z której wystawała plątanina kabli po czym kopnął zdezorientowanego demona w kostkę.
- Au! A to za co?! - Wrzasnął Bill, żołnierze patrzyli na tą scenkę, niektórzy z irytacją, inni z rozbawieniem, ich kapitan wydawał się być zniecierpliwiony, jakby czekał na koniec kłótni.
- Jeszcze pytasz za co?! To wszystko twoja wina! Bo nie mogłeś być dobry! Czemu nie?! Po co ci to wszystko! W twojej głowie rozjaśniał kiedyś pomysł "Zniszczę sobie życie jakiegoś dziecka i przy okazji jego świat, bo czemu nie" i bam! Mówisz masz! - Jego usta zwęziły się w cienką kreskę.
- Tak, dokładnie! Obmyśliłem to przy jedzeniu płatków! - Machał rękami złotooki spoglądając z wyrzutem w oczy Dippera.
- Nie chciałbym przerywać tej, jakże uroczej rozmowy panowie,
ale mam pewne zadanie. - Odchrząknął Strażnik odziany w srebrny kombinezon, maskę ochronną i kilka pasów z bronią, w prawej dłoni dzierżył błękitny fikuśny przyrząd wycelowany prosto w twarz Ciphera. - Zostało zgłoszone, że w tej lokalizacji PONOWNIE został uruchomiony portal między-wymiarowy z rąk Billa Mischiefa Ciphera poszukiwanego w czterech uniwersach za : sianie chaosu, propagandy, pranie umysłów, morderstwa i...królobójstwo. Niezła lista Bill. - Przyznał z powagą na twarzy ukrytej pod maską.
- Thanks, Old Friend. - Odrzekł z udawanym szacunkiem odwracając się w stronę strażników.
- Ty mi tu nie "friendój" ścierwo, miałeś zakaz opuszczania wymiaru więziennego, jednak zrobiłeś to ponownie.
- Zostałem tu przywołany, miałem zgodną z prawem transakcję, w czym macie więc problem...waż rząd nie powinien przejmować się polityką wrogich państw...? - Spytał uszczypliwie, Dipper skojarzył go z prawnikami, których można zobaczyć w TV, posługujących się zwięzłą mową, znających najdrobniejszy druczek w kodeksie i posiadających ciętą ripostę na każdą okazję.
- Nie dostałeś zezwolenia na otworzenie tego portalu. - Rozwiązał stworzoną przez Billa pętlę w sekundzie żołnierz.
- Ach tak...Jest jeden problem, nie ja uaktywniłem ten portal. - Zmroził rozmówcę wzrokiem, jego tęczówka była teraz całkowicie czerwona, a twarz zaróżowiła się, tracił cierpliwość. - Zrobił to niejaki Stan Pines.
- Za twoim pośrednictwem, poza tym wyczuliśmy twoje cząsteczki duchowe, nie da się przegapić takiego smrodu. - Dipper mógłby przysiąc, że przeciwnik Billa uśmiechał się pogardliwie pod maską, zdradzał to ton jego głębokiego głosu.
- Ach tak? Wybacz mi to niedopatrzenie, następnym razem zatuszuję moją "zbrodnię" lepiej Psie Gończy. - Warknął Cipher, szatyn nie śmiał się odezwać, jednak wszystko w nim wrzeszczało by to powiedział.
- Cholera, no to już po nas...
poniedziałek, 8 lutego 2016
Rozdział 8 - Historia Lubi Się Powtarzać (Finał, część 1 z 5)
- Będziesz pierwszą i ostatnią osobą jakiej dane było poznać moją historię... - Jego oczy płonęły barwą płynnego złota.
- Niczego bardziej nie pragnę... - Odrzekł sucho chłopiec po czym jęknął boleśnie.
- Więc słuchaj...na sam początek nazwa "demon" jest niepoprawna, pochodzę z innego wymiaru, a nie ludzkiego piekła, które z grubsza nie istnieje.
- Więc czym jesteś? - Skrzywił się szatyn, z jego ust ciekła stróżka ciemnej krwi.
- Zaraz do tego dojdę, o ile nie będziesz przerywał, mamy nie wiele czasu zważywszy na twój stan i na to, że mój plan wypełni się za kilka minut, a wtedy już nie będę mógł nic ci powiedzieć... - Syknął jak wściekły kot.
- Ok, ok...kontynuuj. - Poddał się w końcu dwunastolatek.
- Tak więc...pochodzę z wymiaru na granicy twojego świata i świata dwuwymiarowego, w układzie, w którym się "narodziłem", o ile można to tak nazwać, było 18 planet, większość żyła ze sobą w zgodzie, ale to inna historia. Planeta, z której ja pochodzę była najstarsza, największa i nazywała się Weriospen co oznacza w moim języku "Klejnot Koronny"...panowała w niej dosyć burzliwa atmosfera, co chwilę wybuchały nowe wojny domowe...podczas trwania jednej z nich ja i mój starszy brat zwany na Ziemi Willem straciliśmy rodziców...zostali zabici razem z innymi dorosłymi z naszej wsi przez żołnierzy...wtedy dużo dzieci wylądowało na ulicach, wielu zginęło...jednakże Will był dzielny, walczył o każdą cząstkę duchową...
- Cząstkę duchową? - Powtórzył z niedowierzaniem zafascynowany opowieścią Pines. Nie zwracał uwagi na ból, może Bill był złem wcielonym, ale mimo tego tak cudownie opowiadał!
- Uh! Tak...zapomniałem ci wyjaśnić, atmosfera mojego wymiaru przepełniona jest cząstkami duchowymi martwych istot, one służą nam za tlen i za pożywienie..."Walczył o każdą cząstkę duchową" może uchodzić za odpowiednik wyrażenia "walczył o każdy kęs jedzenia"...ale to mało ważne! Streszczajmy się...
- Dałbym teraz wszystko za dziennik... - Szepnął sam do siebie piwnooki, za co "demon" wysłał mu karcące spojrzenie, chłopiec skulił się.
- Jak zawsze musieliśmy uciekać przed żołnierzami, łupieżcami, rebelią i rządem...wszyscy chcieliby się nas pozbyć, byliśmy zawadzającymi dzieciakami, które nadają się co najwyżej do mycia podłogi w pałacykach Lordów miast...jednak pewnego dnia coś się wydarzyło...dziewczyna, która podróżowała z nami, w której Will był zakochany zachorowała...zmarła na jego rękach, nikt nie chciał pomóc...on został przy jej ciele, siedział tak dniami i nocami patrząc jak jej ciało gnije, rozkłada się na zakażone cząsteczki duchowe, w końcu powiedziałem mu, że tak nie można, że musimy iść dalej i ja zostawić...on nawrzeszczał na mnie i kazał odejść...od tamtego czasu widziałem go tylko raz z tysiąc lat temu...to całkiem niedawno...zmienił się z silnego mężczyzny w płaczliwą cio...eh...zapomniałem, że rozmawiam z dzieckiem... - Zaśmiał się oschle. - Nie ważne...
- Nie ważne, nie ważne, nie ważne...który raz już to powtórzyłeś? - Zadrwił Dip.
- Racja, co chwilę coś mi przerywa...to pewnie ten karaluch chowający się pod belką, sądzę...że jeśli jeszcze raz mnie zdenerwuje to go zgniotę...
- Nie zapominaj, że karaluchy mogą przeżyć tydzień bez głowy...zwykłe zgniecenie nic nie da...
- Niezła riposta, ale bez ani kawałka ciała nawet karaczan nie ma szans na przeżycie... - Zmrużył oko Cipher.
Szatyn przełknął ślinę.
- Touche Bill, Touche...AJ! - Wrzasnął nagle.
- Cholera! - Blondyn poderwał się i skierował wzrok na belkę, osunęła się jeszcze bardziej zgniatając dwunastolatka.
Cipher niewiele myśląc użył telekinezy i odrzucił kawał drewna na bok.
Pines zaczął szybciej oddychać.
- Uspokój się Pine Tree! Bo jeszcze się z hiper-wentylujesz! - Warknął Dream Demon dotykając brudnej i głębokiej rany na klatce piersiowej dzieciaka.
- Nie...ekhe-ekhe...nazywaj mnie tak! - Zakaszlał.
- Ok, ok...ale uspokój się! Nie po to się przed tobą zwierzałem byś zginął w najmniej ważnym momencie mojego przemówienia!
- Zamknij się idioto, ja nigdzie nie idę, mam zamiar jeszcze trochę pożyć...w końcu ktoś musi spisać to wszystko...ktoś musi kontynuować badania w Gravity Falls, a kto jak nie ja? Te czuby z rządu, które kręcą się gdzieś na górze nie potrafiąc znaleźć przejścia? - Zaśmiał się, jego głos był ochrypły...
- Ale ty nie... - W tym momencie Pines podniósł się nieznacznie i złapał demona za kołnierz przyciągając do siebie, ich nosy prawie się stykały, na twarzy chłopca widniała powaga i...groza, był to przerażający widok.
- POWIEDZIAŁEM, ŻE NIGDZIE NIE IDĘ CIPHER! ROZUMIESZ TO? - Odepchnął go po chwili z takim impetem, ze ten upadł.
- Rozumiem co musisz czuć dzieciaku...jak nikt...
- Niczego bardziej nie pragnę... - Odrzekł sucho chłopiec po czym jęknął boleśnie.
- Więc słuchaj...na sam początek nazwa "demon" jest niepoprawna, pochodzę z innego wymiaru, a nie ludzkiego piekła, które z grubsza nie istnieje.
- Więc czym jesteś? - Skrzywił się szatyn, z jego ust ciekła stróżka ciemnej krwi.
- Zaraz do tego dojdę, o ile nie będziesz przerywał, mamy nie wiele czasu zważywszy na twój stan i na to, że mój plan wypełni się za kilka minut, a wtedy już nie będę mógł nic ci powiedzieć... - Syknął jak wściekły kot.
- Ok, ok...kontynuuj. - Poddał się w końcu dwunastolatek.
- Tak więc...pochodzę z wymiaru na granicy twojego świata i świata dwuwymiarowego, w układzie, w którym się "narodziłem", o ile można to tak nazwać, było 18 planet, większość żyła ze sobą w zgodzie, ale to inna historia. Planeta, z której ja pochodzę była najstarsza, największa i nazywała się Weriospen co oznacza w moim języku "Klejnot Koronny"...panowała w niej dosyć burzliwa atmosfera, co chwilę wybuchały nowe wojny domowe...podczas trwania jednej z nich ja i mój starszy brat zwany na Ziemi Willem straciliśmy rodziców...zostali zabici razem z innymi dorosłymi z naszej wsi przez żołnierzy...wtedy dużo dzieci wylądowało na ulicach, wielu zginęło...jednakże Will był dzielny, walczył o każdą cząstkę duchową...
- Cząstkę duchową? - Powtórzył z niedowierzaniem zafascynowany opowieścią Pines. Nie zwracał uwagi na ból, może Bill był złem wcielonym, ale mimo tego tak cudownie opowiadał!
- Uh! Tak...zapomniałem ci wyjaśnić, atmosfera mojego wymiaru przepełniona jest cząstkami duchowymi martwych istot, one służą nam za tlen i za pożywienie..."Walczył o każdą cząstkę duchową" może uchodzić za odpowiednik wyrażenia "walczył o każdy kęs jedzenia"...ale to mało ważne! Streszczajmy się...
- Dałbym teraz wszystko za dziennik... - Szepnął sam do siebie piwnooki, za co "demon" wysłał mu karcące spojrzenie, chłopiec skulił się.
- Jak zawsze musieliśmy uciekać przed żołnierzami, łupieżcami, rebelią i rządem...wszyscy chcieliby się nas pozbyć, byliśmy zawadzającymi dzieciakami, które nadają się co najwyżej do mycia podłogi w pałacykach Lordów miast...jednak pewnego dnia coś się wydarzyło...dziewczyna, która podróżowała z nami, w której Will był zakochany zachorowała...zmarła na jego rękach, nikt nie chciał pomóc...on został przy jej ciele, siedział tak dniami i nocami patrząc jak jej ciało gnije, rozkłada się na zakażone cząsteczki duchowe, w końcu powiedziałem mu, że tak nie można, że musimy iść dalej i ja zostawić...on nawrzeszczał na mnie i kazał odejść...od tamtego czasu widziałem go tylko raz z tysiąc lat temu...to całkiem niedawno...zmienił się z silnego mężczyzny w płaczliwą cio...eh...zapomniałem, że rozmawiam z dzieckiem... - Zaśmiał się oschle. - Nie ważne...
- Nie ważne, nie ważne, nie ważne...który raz już to powtórzyłeś? - Zadrwił Dip.
- Racja, co chwilę coś mi przerywa...to pewnie ten karaluch chowający się pod belką, sądzę...że jeśli jeszcze raz mnie zdenerwuje to go zgniotę...
- Nie zapominaj, że karaluchy mogą przeżyć tydzień bez głowy...zwykłe zgniecenie nic nie da...
- Niezła riposta, ale bez ani kawałka ciała nawet karaczan nie ma szans na przeżycie... - Zmrużył oko Cipher.
Szatyn przełknął ślinę.
- Touche Bill, Touche...AJ! - Wrzasnął nagle.
- Cholera! - Blondyn poderwał się i skierował wzrok na belkę, osunęła się jeszcze bardziej zgniatając dwunastolatka.
Cipher niewiele myśląc użył telekinezy i odrzucił kawał drewna na bok.
Pines zaczął szybciej oddychać.
- Uspokój się Pine Tree! Bo jeszcze się z hiper-wentylujesz! - Warknął Dream Demon dotykając brudnej i głębokiej rany na klatce piersiowej dzieciaka.
- Nie...ekhe-ekhe...nazywaj mnie tak! - Zakaszlał.
- Ok, ok...ale uspokój się! Nie po to się przed tobą zwierzałem byś zginął w najmniej ważnym momencie mojego przemówienia!
- Zamknij się idioto, ja nigdzie nie idę, mam zamiar jeszcze trochę pożyć...w końcu ktoś musi spisać to wszystko...ktoś musi kontynuować badania w Gravity Falls, a kto jak nie ja? Te czuby z rządu, które kręcą się gdzieś na górze nie potrafiąc znaleźć przejścia? - Zaśmiał się, jego głos był ochrypły...
- Ale ty nie... - W tym momencie Pines podniósł się nieznacznie i złapał demona za kołnierz przyciągając do siebie, ich nosy prawie się stykały, na twarzy chłopca widniała powaga i...groza, był to przerażający widok.
- POWIEDZIAŁEM, ŻE NIGDZIE NIE IDĘ CIPHER! ROZUMIESZ TO? - Odepchnął go po chwili z takim impetem, ze ten upadł.
- Rozumiem co musisz czuć dzieciaku...jak nikt...
środa, 23 grudnia 2015
TROOOOOOLLLLLLLLL!
Tamten rozdział ( John Cena ) To był trolling moi mili! Wierzyliście, że to na serio?! O bosh.... XD Będzie 2 WERSJA tego rozdzialiku, a na razie zwijajcie się z nie-śmiechu nad tamtym (nie)komicznym rozdziałem!
sobota, 28 listopada 2015
Zapowiedź
Heja, tu wasza autorka...jak mi nie wierzycie zróbcie testy DNA XD.
Tak serio. NOWY ROZDZIAŁ NIEDŁUGO! Kiedy dokładniej? Przed Wigilią. Może trochę później...hahaha...nabraliście się! Będzie na 100% przez Świętami. Ciesz się zacny ludzie.
~Billacz
Tak serio. NOWY ROZDZIAŁ NIEDŁUGO! Kiedy dokładniej? Przed Wigilią. Może trochę później...hahaha...nabraliście się! Będzie na 100% przez Świętami. Ciesz się zacny ludzie.
~Billacz
sobota, 21 listopada 2015
End...
Gravity Falls się kończy...po ostatnich 2 odcinkach, które już niedługo zostaną nam ujawnione będzie wielki END. Forever... Zapalmy znicze!
[*]
[*]
czwartek, 30 lipca 2015
Rozdział 7 - Umowa?
"Dawniej istniała jedynie ciemność, bez kształtu...bez emocji.Lecz czas wszystko zmienia, lata kształtowania tej nicości przemieniły ją w wszechobecną energię, moc tworzenia.W przeciągu następnych tysięcy, a nawet milionów lat stworzyła ona wszechświat, a na jego czele postawiła Słońce, zwane inaczej niebem, to właśnie ono stało się klejnotem koronnym istnienia.", czytał Dipper.
-Same bzdury.-Zimny dreszcz przebiegł wzdłuż kręgosłupa chłopca gdy zorientował się, że ktoś zagląda mu przez ramie.Odwrócił wzrok.
-Tak, Grunkle Stanku?-Zaśmiał się nerwowo, czuł, że ma przechlapane.
-Powinieneś brać się do roboty, zamiast czytania tych dennych książeczek, w których nie zapisano słowa prawdy.-Stwierdził poprawiając okulary.Dzieciak westchnął i zamknął tomiszcze.
-Wujku?Czy gdybyś chciał coś zdobyć, tak...bardzo, to czy, no, sam nie wiem...zawarłbyś pakt?-Przełknął gulę która powstała w jego gardle.
-Nigdy.Wolałbym sam poszukać odpowiedzi, nie ważne jak trudne byłyby poszukiwania, niżeli zdobyć ją łatwo, a za wielką cenę.-Odparł jakby od niechcenia.
-Och...to świetnie!-Uśmiechnął się sztucznie dwunastolatek.
-Więc powiedz mi, co zaproponował ci ten jednooki wymoczek?-Szatyn skrzywił się, Stan był zbyt bystry.
-Nic, po prostu pytam.-Nie potrafił kłamać lecz próbował.
-Nie jesteś ze mną szczery, a może to ty chcesz go wezwać?-Zmarszczył brwi, a kilka jego siwych włosów opadło mu na nos.po chwili roześmiał się i poczochrał bratanka po głowie.-Że też mi odbija na starość!Nie jesteś aż tak głupi by się zgodzić na układy z nim!Prawda...?Tak czy inaczej, ufam ci, Dzieciaku i mam nadzieję, że nie popełnisz błędu.-Chłopak mógł odetchnąć z ulgą, koniec końców wiedział, że pakt z Billem był ostatecznością ...bo gdy raz się go zawrze - nie ucieknie się od niego, jego złamanie ma cenę, a tą cena jest życie.
Tego dnia chata była wyjątkowo zatłoczona, Wendy, Dipper i Mabel ledwo wyrabiali się z robotą, jednak Stanford był zadowolony z biegu wydarzeń.Gdy zamykali zaczął liczyć pieniądze, postanowił wynagrodzić bratanką ciężką pracę, zabierając ich na kolację do Lazy Susan, ruda zabrała się z nimi.
Naleśniki z syropem klonowym były jak zwykle pyszne, bliźniaki, Wandy i Wuj zajadali między rozmowami.Rudowłosa przyznała, że wepchnęła jakiemuś naiwniakowi swoje stare skarpetki, wmawiając mu, że to dar od "Skarpetkowego Skrzata", wszyscy wybuchli śmiechem.
-...a on wtedy wytrzeszczył gały tak mocno!Myślałam, że zaraz wylecą mu z orbit!-Dławiła się kęsami jedzenia.
-Jak on mógł w to uwierzyć?Naiwniak!-Zarechotał sześćdziesięciolatek, a Mabel i Dipper mu zawtórowali.Dziewczyna odziana w różowy sweter z pomarańczowymi elementami i wzorkami pod pretekstem, "przypudrowania noska" popędziła do toalety.
Weszła do małego pomieszczenia w którym mieściły się trzy kabiny, umywalka i ogromne lustro.Spojrzała w swoje odbicie, za nią znajdowała się środkowa kabinka, jej drzwi otworzyły się na oścież.W środku, , na zamkniętej klapie siedział nie kto inny jak...Bill.Dziewczyna zrobiła pół piruet w miejscu by spojrzeć mu w twarz.
-Co ty tu robisz pajacu?!-Chciała rzucić mu się na szyje.
-Shooting Star!Jak zwykle urocza!-Zaśmiał się perliście.Zwykle misternie ułożone włosy, teraz opadały na jego twarz, co dodawało mu "zwierzęcego uroku". Złote oko zabłyszczało przez sekundę błękitem.Demon wstał i podszedł do zdenerwowanej małolaty.Gdy zbliżył swoją dłoń do jej policzka ta odepchnęła ją i kopnęła go w krocze.Mężczyzna jęknął cicho i upadł na kolana by dostać od niej z liścia w twarz.
-Nie ładnie, My Pet.-Podkreślił ostatni wyraz.
-"Pet"?Wolne żarty!-Zadrwiła.Zauważyła, że jej przeciwnik stał się czerwony, jego ślepie, teraz promieniste, wyrażało furię.Toaleta zapłonęła niebieskim ogniem.Szatynka pisnęła tylko gdy zobaczyła, że drzwi zniknęły.Wszystko zadrżało, Mab zacisnęła powieki, gdy otworzyła oczy znajdowała się w...francuskiej restauracji na wieży Eiffla, siedziała przy stoliku na przeciw złotowłosego.
-Zabrałeś mnie do...Mindscape'u?-Syknęła.
-Owszem, chciałem z tobą spokojnie porozmawiać.-Wytłumaczył.
-Czy ty zdajesz sobie sprawę, z tego jak bardzo cię nienawidzę?-Uśmiechnęła się ze wstrętem.
-Ranisz mnie, mógłbym ci przecież dać wszystko czego zapragniesz!-Udał, że zabolały go jej słowa.
-Za cenę duszy, ciała, a może śmierci moich najbliższych?-Zaśmiała się zirytowana.
-To tylko szczegóły!Pomyśl...mogłabyś być czczona, ubóstwiana, kochana...i adorowana.-Zamruczał.
-Wo, wo, wo!Czekaj!Po pierwsze - jesteś dla mnie za stary o jakieś kilka miliardów lat, po drugie...powaliło cię?!Jesteśmy wrogami!Przeliterować ci to, a może wyjaśnić znaczenie?-Warknęła.
-Nie przeceniaj się, Pet.Nie chodziło mi o mnie.Nie zdajesz sobie sprawy jak prosta jest manipulacja...?Mermando, tak?-Wspomniał o dawnej miłości szatynki, syrenie, któremu pomogła wrócić do morza.Wiedział, że gdy wypowie to imię, ona zmięknie.Nie mylił się, dwunastolatka zaniosła się płaczem.
-Dobrze wiesz, że on ma zonę!-Wydusiła, a ten objął ją i poklepał pocieszająco po plecach.-I kocha ją...-Dodała by nie było wątpliwości.
-To da się zmienić, potrzebuję jedynie kropli twojej drogocennej krwi, daj mi ją, a spełni się twój najskrytszy sen...on będzie miłował ciebie, a nie ją...-Kusił załamaną nastolatkę.
-N-na prawdę?-Wydukała przez zapchany nos.
-Tak...czy ja bym cię okłamał?Takie biedne, niewinne dziecko?-Miał ochotę się zaśmiać gdy to mówił.-To stanie się pojutrze...będziesz wiedziała o jakiej godzinie i w jakim miejscu.Tam udzielisz mi ostatecznej odpowiedzi Shooting Star.-I zniknął, tak samo szybko jak się pojawił.Mabel otrząsnęła się, znów była w zwyczajnej łazience...wróciła do reszty, musiała to wszystko jeszcze raz przemyśleć...
***
W koszmarach Dippera także pojawił się Dream Daemon.Zaproponował chłopcu odpowiedzi na pytania względem autora dziennika i mitycznych stworów zamieszkujących te ziemię.
-A wiec jednak nie powiedziałeś mi prawdy, tam w piwnicy.-Domyślił się chłopak z ponurym uśmieszkiem na twarzy.-Byłem taki głupi...
-Myślałeś, że udzieliłbym komuś tak istotnych informacji za darmo?Nie rozśmieszaj mnie!Pojutrze.Będziesz wiedział gdzie i kiedy.Nie spóźnij się, Little Pine Tree.Zbyt wiele od tego zależy.-W tej samej chwili sen dwunastolatka został przerwany przez jego własny krzyk.
-Zobaczymy Cipher.-Szepnął.Teraz był pewien, że ufanie temu potworowi to największy błąd...
-Same bzdury.-Zimny dreszcz przebiegł wzdłuż kręgosłupa chłopca gdy zorientował się, że ktoś zagląda mu przez ramie.Odwrócił wzrok.
-Tak, Grunkle Stanku?-Zaśmiał się nerwowo, czuł, że ma przechlapane.
-Powinieneś brać się do roboty, zamiast czytania tych dennych książeczek, w których nie zapisano słowa prawdy.-Stwierdził poprawiając okulary.Dzieciak westchnął i zamknął tomiszcze.
-Wujku?Czy gdybyś chciał coś zdobyć, tak...bardzo, to czy, no, sam nie wiem...zawarłbyś pakt?-Przełknął gulę która powstała w jego gardle.
-Nigdy.Wolałbym sam poszukać odpowiedzi, nie ważne jak trudne byłyby poszukiwania, niżeli zdobyć ją łatwo, a za wielką cenę.-Odparł jakby od niechcenia.
-Och...to świetnie!-Uśmiechnął się sztucznie dwunastolatek.
-Więc powiedz mi, co zaproponował ci ten jednooki wymoczek?-Szatyn skrzywił się, Stan był zbyt bystry.
-Nic, po prostu pytam.-Nie potrafił kłamać lecz próbował.
-Nie jesteś ze mną szczery, a może to ty chcesz go wezwać?-Zmarszczył brwi, a kilka jego siwych włosów opadło mu na nos.po chwili roześmiał się i poczochrał bratanka po głowie.-Że też mi odbija na starość!Nie jesteś aż tak głupi by się zgodzić na układy z nim!Prawda...?Tak czy inaczej, ufam ci, Dzieciaku i mam nadzieję, że nie popełnisz błędu.-Chłopak mógł odetchnąć z ulgą, koniec końców wiedział, że pakt z Billem był ostatecznością ...bo gdy raz się go zawrze - nie ucieknie się od niego, jego złamanie ma cenę, a tą cena jest życie.
Tego dnia chata była wyjątkowo zatłoczona, Wendy, Dipper i Mabel ledwo wyrabiali się z robotą, jednak Stanford był zadowolony z biegu wydarzeń.Gdy zamykali zaczął liczyć pieniądze, postanowił wynagrodzić bratanką ciężką pracę, zabierając ich na kolację do Lazy Susan, ruda zabrała się z nimi.
Naleśniki z syropem klonowym były jak zwykle pyszne, bliźniaki, Wandy i Wuj zajadali między rozmowami.Rudowłosa przyznała, że wepchnęła jakiemuś naiwniakowi swoje stare skarpetki, wmawiając mu, że to dar od "Skarpetkowego Skrzata", wszyscy wybuchli śmiechem.
-...a on wtedy wytrzeszczył gały tak mocno!Myślałam, że zaraz wylecą mu z orbit!-Dławiła się kęsami jedzenia.
-Jak on mógł w to uwierzyć?Naiwniak!-Zarechotał sześćdziesięciolatek, a Mabel i Dipper mu zawtórowali.Dziewczyna odziana w różowy sweter z pomarańczowymi elementami i wzorkami pod pretekstem, "przypudrowania noska" popędziła do toalety.
Weszła do małego pomieszczenia w którym mieściły się trzy kabiny, umywalka i ogromne lustro.Spojrzała w swoje odbicie, za nią znajdowała się środkowa kabinka, jej drzwi otworzyły się na oścież.W środku, , na zamkniętej klapie siedział nie kto inny jak...Bill.Dziewczyna zrobiła pół piruet w miejscu by spojrzeć mu w twarz.
-Co ty tu robisz pajacu?!-Chciała rzucić mu się na szyje.
-Shooting Star!Jak zwykle urocza!-Zaśmiał się perliście.Zwykle misternie ułożone włosy, teraz opadały na jego twarz, co dodawało mu "zwierzęcego uroku". Złote oko zabłyszczało przez sekundę błękitem.Demon wstał i podszedł do zdenerwowanej małolaty.Gdy zbliżył swoją dłoń do jej policzka ta odepchnęła ją i kopnęła go w krocze.Mężczyzna jęknął cicho i upadł na kolana by dostać od niej z liścia w twarz.
-Nie ładnie, My Pet.-Podkreślił ostatni wyraz.
-"Pet"?Wolne żarty!-Zadrwiła.Zauważyła, że jej przeciwnik stał się czerwony, jego ślepie, teraz promieniste, wyrażało furię.Toaleta zapłonęła niebieskim ogniem.Szatynka pisnęła tylko gdy zobaczyła, że drzwi zniknęły.Wszystko zadrżało, Mab zacisnęła powieki, gdy otworzyła oczy znajdowała się w...francuskiej restauracji na wieży Eiffla, siedziała przy stoliku na przeciw złotowłosego.
-Zabrałeś mnie do...Mindscape'u?-Syknęła.
-Owszem, chciałem z tobą spokojnie porozmawiać.-Wytłumaczył.
-Czy ty zdajesz sobie sprawę, z tego jak bardzo cię nienawidzę?-Uśmiechnęła się ze wstrętem.
-Ranisz mnie, mógłbym ci przecież dać wszystko czego zapragniesz!-Udał, że zabolały go jej słowa.
-Za cenę duszy, ciała, a może śmierci moich najbliższych?-Zaśmiała się zirytowana.
-To tylko szczegóły!Pomyśl...mogłabyś być czczona, ubóstwiana, kochana...i adorowana.-Zamruczał.
-Wo, wo, wo!Czekaj!Po pierwsze - jesteś dla mnie za stary o jakieś kilka miliardów lat, po drugie...powaliło cię?!Jesteśmy wrogami!Przeliterować ci to, a może wyjaśnić znaczenie?-Warknęła.
-Nie przeceniaj się, Pet.Nie chodziło mi o mnie.Nie zdajesz sobie sprawy jak prosta jest manipulacja...?Mermando, tak?-Wspomniał o dawnej miłości szatynki, syrenie, któremu pomogła wrócić do morza.Wiedział, że gdy wypowie to imię, ona zmięknie.Nie mylił się, dwunastolatka zaniosła się płaczem.
-Dobrze wiesz, że on ma zonę!-Wydusiła, a ten objął ją i poklepał pocieszająco po plecach.-I kocha ją...-Dodała by nie było wątpliwości.
-To da się zmienić, potrzebuję jedynie kropli twojej drogocennej krwi, daj mi ją, a spełni się twój najskrytszy sen...on będzie miłował ciebie, a nie ją...-Kusił załamaną nastolatkę.
-N-na prawdę?-Wydukała przez zapchany nos.
-Tak...czy ja bym cię okłamał?Takie biedne, niewinne dziecko?-Miał ochotę się zaśmiać gdy to mówił.-To stanie się pojutrze...będziesz wiedziała o jakiej godzinie i w jakim miejscu.Tam udzielisz mi ostatecznej odpowiedzi Shooting Star.-I zniknął, tak samo szybko jak się pojawił.Mabel otrząsnęła się, znów była w zwyczajnej łazience...wróciła do reszty, musiała to wszystko jeszcze raz przemyśleć...
***
W koszmarach Dippera także pojawił się Dream Daemon.Zaproponował chłopcu odpowiedzi na pytania względem autora dziennika i mitycznych stworów zamieszkujących te ziemię.
-A wiec jednak nie powiedziałeś mi prawdy, tam w piwnicy.-Domyślił się chłopak z ponurym uśmieszkiem na twarzy.-Byłem taki głupi...
-Myślałeś, że udzieliłbym komuś tak istotnych informacji za darmo?Nie rozśmieszaj mnie!Pojutrze.Będziesz wiedział gdzie i kiedy.Nie spóźnij się, Little Pine Tree.Zbyt wiele od tego zależy.-W tej samej chwili sen dwunastolatka został przerwany przez jego własny krzyk.
-Zobaczymy Cipher.-Szepnął.Teraz był pewien, że ufanie temu potworowi to największy błąd...
środa, 8 lipca 2015
Rozdział 6 - Sekrety Skryte Za Sekretami
Słońce zostało przysłonięte chmurami, paskudna pogoda...szkoda - przecież to weekend.
Jednak bliźniaki nie przejęły się tym zbytnio.
Mabel jak zwykle entuzjastycznie podeszła do sprawy i postanowiła zaprosić do domu przyjaciółki, a Dipper całkowicie oddał się dziennikowi.Stan natomiast zajął się oglądaniem telewizji.
Candy i Grenda przyniosły ze sobą pełno romansideł, kosmetyków i ubrań.
-Bleee...-Wzdrygnął się chłopak na ten widok.
Najbardziej nie podobała mu się wizja farbowania mu włosów za pomocą różowej bibuły, musiał stamtąd uciec...ale dokąd?!
W tym czasie dziewczyny omawiały ważne kwestie, w końcu z ust Can wydobyło się zasadnicze pytanie.
-Mabel, skarbie!Coś ty taka ponura?-Zagadnęła poprawiając okulary.
-No bo...Dip jest jakoś ostatnio nie w sosie i nie rozumiem czemu!-Szepnęła by nikt poza czarnowłosą nie usłyszał.
-To chłopak!Może chodziło o dorastanie?-Zachichotała największa z nich.
-Może i tak.-Stwierdziła piwnooka nie chcąc zepsuć pozostałym zabawy.
Popołudnie minęło szybko i spokojnie, no prawie...Dipper starał się ignorować natrętne dziewczęta, lecz to było prawie niemożliwe!
Jego jedyną opcją było teraz zejście do piwnicy, tam będzie mógł w spokoju poczytać.A przy okazji - jego uszy nie zwiędną od słuchania głupich pogaduszek.
-Fakt, Shooting Star i jej...znajome są czasem irytujące.-Mruknął leżący na kanapie blondyn.
-Skąd się tu wziąłeś?!-Syknął szatyn kierując się do drzwi, zatrzaskujących mu się tuż przed nosem.
-Zobaczyłem otwarte okienko!Pragnąłem jedynie schronić się przed tą zawieją!Nie miałem złych zamiarów, słowo!-Skrzyżował palce za plecami.
-Ty zawsze masz złe zamiary, Cipher!-Mruknął chłopak próbując przekręcić gałkę.-Idę do Grunkle Stana!-Nie mógł otworzyć.
-Nic z tego, Mój Słodki, Naiwny Little Pine Tree.Teraz mam okazję porozmawiać z tobą twarzą w twarz.-Jego oko powiększyło się znacznie.Znalazł się u boku dwunastolatka.Ich lica były blisko, zbyt blisko.Młody Pines zaczął oddychać szybciej, gdy jego przeciwnik przyciągnął go do siebie.-Jesteś podobny do swojej prababki.Do prawdy...w twych oczach widzę swą czarną duszę, ona także potrafiła ją ujawnić...-Ich nosy się stykały.
-Ty nie posiadasz duszy...i skąd znasz moją prababcię?-Jego głos brzmiał jakby chciał udusić Billa.
-Każdy ma coś w sobie, nawet ja.I skąd ją znałem...jakby to...-Zakłopotany mężczyzna puścił szatyna.-Byłem jej drugim mężem.-Podrapał się po karku z głupkowatym śmiechem.
-Nie wierzę ci!Łżesz jak pies!Nikt z mojej rodziny by się z tobą nie spoufalił.Może mi jeszcze powiesz, że jesteś moim pradziadkiem?Zabawne, na prawdę!PRZEKOMICZNE!-Odrzekł oschle Dipper.
-Skądże znowu?!Twoim przodkiem jest ścierwo, które wbrew woli Alishy pozbawiło ją czystości.Zabiłem go za to, ukrywaliśmy o do pewnego momentu...urodziła jego dziecko, ojca nie było.Spytano co się z nim stało...Odpowiedziałem ze śmiechem, że go ukatrupiłem.Dopadły mnie konsekwencje w postaci wody święconej i spalenia na stosie mej najukochańszej.-Na jego twarz wparował grymas bólu , bez wątpienia demon czuł się winny.
-To nie jest prawdą!Nie jest!Wiedziałbym gdyby coś takiego miało miejsce...-Upierał się piwnooki choć wcale nie był tego pewien.Słowa Dream Daemona mogły być równie dobrze szczere.Nie!Jemu nie wolno ufać!NIKOMU NIE WOLNO UFAĆ!NIKOMU!
-Chciałem tylko byś to wiedział.Muszę ci wyznać, że twój widok mnie uszczęśliwia, My Little Kid.W sumie to ja bardziej jestem twoją rodziną niż on...Przypominasz mi ją we wszystkim, od aparycji po zainteresowania.Jednak nadal chcę jej tylko jej.-Zniknął i zmaterializował się na sofie.Dipper z lekką obawą zszedł po schodach i usadowił się obok blondyna, ten uśmiechnął się sztucznie.Lecz nabrał chłopaka.
-A więc jednak...
-Nie mogę ci wierzyć ale mam wiele pytań do ciebie.-Wytłumaczył się szatyn spuszczając wzrok.
-Hmm...?O co chciałbyś zapytać?-Przez chwilę wydawał się szczerzyć niczym psychopatyczny morderca.
-Czemu akurat teraz zmieniłeś się w człowieka?-Oparł się o poduszkę leżącą obok.
-Ponieważ to ciało jest wygodne.Bardziej...uniwersalne w tym świecie, łatwiej nawiązywać kontakty, mogę chodzić...tęskniłem za tym.-Wszystko szło godnie z planem.
-A czemu to miasto jest takie...nietypowe?-Zmarszczył nos.
Na kolejna pytanie także odpowiedział kłamstwem.
-Zostało zbudowane na terenie nazywanym "Gruntem Edenu". To takie święte miejsce, właśnie tam powstały wszystkie gatunki tego świata.Większość tu została.-Łgarstwa przychodziły mu tak łatwo jak nikomu innemu.
-Ciekawa spekulacja...-Stwierdził jego rozmówca.Jednak...chciał wiedzieć więcej.W końcu spytał się, kto był autorem dziennika.Nie otrzymał odpowiedzi...Po długiej konwersacji zasnął wtulony w Ciphera, który zaśmiał się maniakalnie.
-Jeden już zatopiony...teraz ty Słodka Shooting Star...czas pokarze czy skusi cię zakazany owoc.-Jego śmiech stał się jeszcze bardziej paskudny.W końcu rozpłynął się pozostawiając wszystko tak jakby nigdy nie było go w owej piwnicy, jakby nie rozmawiał z młodym Pinesem...Jakby nie istniał.
niedziela, 5 lipca 2015
Rozdział 5 - Obietnica
-Los bywa okrutny...", pomyślał Bill.Wspomnienia nacierały na niego.Bliźniaki były tak podobne do jego ukochanej, szczególnie Dipper.Mimo, że był chłopcem miał w sobie więcej prababki niż siostra.Ona nie była tak zamknięta w sobie i nieufna, wręcz przeciwnie.Mabel była wulkanem energii!Ufała prawie każdemu i nie potrafiła się skupić na jednej, określonej czynności.
Nie umiała tak zaleźć za skórę jak ten wredny, Little Pine Tree!Ten który krzyżowała plany Ciphera, ten który był przeszkodą na jego drodze i jego największą słabością...ponieważ spoglądając w jego oczy demon dojrzeć potrafił swą wyblakłą duszę, a właściwie jej resztki...to co po niej zostało.Wstrętny, obrzydliwy wrak, którym był on sam.
***
Gdy jutrzenka rozjaśniła niebo powieko siedemnastolatki wystrzeliły w górę.Ten dzień był wyjątkowo radosny, słoneczne promienie grzały jej skórę.Po nieboskłonie nie płynęła ani jedna chmurka, a wszechobecny zapach kwiatów polnych wydawał się wyraźniejszy niż zwykle.
Dziewczyna zakryła dłonią usta gdy po otwarciu szafy ujrzała piękną, złotą suknię na której leżała mała karteczka.Od razu przeczytała wiadomość.
"Twój uśmiech jaśnieje światłem tysiąca słońc,
a twój śmiech jest niczym śpiew syreny kuszącej żeglarzy.
Chcę oddać ci wszystko bo bądź, co bądź...
Twe serce od dawna mi się marzy...
Ukoronujmy spotkaniem ten dzień,
niech kłania się przed nami świat,
tam gdzie księżyc góruje od tysięcy lat..."
-Matko przenajświętsza...-Długowłosa uroniła łzę szczęścia.Założyła jedną ze swych starych sukien by nie budzić kontrowersji.Poza tym pragnęła by pierwszą osobą jaka ją ujrzy w złocie będzie jego właściciel.
Zamknęła garderobę i popędziła i zaczęła się czesać.Miasteczko to było nieco...zacofane w stosunku do reszty świata.Dzieliło ich około sto lat różnicy, czemu?Tego nikt nie wiedział.To trochę jak jakaś magia...Miasteczko było odizolowane od świata, nikt nie przyjeżdżał i nikt nie wyjeżdżał.Najnowszym cudem techniki był tu telefon, a mowa wydawała się...średniowieczna.Jednak nikomu to nie przeszkadzało, mieszkańcy żyli w zgodzie z naturą, wszyscy prócz Northwestów.Oni zawsze przechwalali się technologią, opowiadali o wojnie...właśnie.Bitwy co dziwne omijały tą miejscowość, były jakby odrzucane polem siłowym.Zawsze nad tym myślała, interesował ją świat poza...jednak matka nie pozwalała jej wyjechać.Poszła pomóc przy śniadaniu.Zastanawiała się czy nie byłoby lepiej uciec z domu i żyć jak reszta społeczeństwa...Nagle napadła ją przerażająca myśl - okno było otwarte, przeszedł przez nie Bill...a co by było gdyby zrobił to ktoś inny?Mógł to być morderca, złodziej...Skusiła los!
"Oh, niemądra!Niemądra...Co byś zrobiła gdybyś obudziła się bez grosza przy duszy?Lub w cale...?", była bliska płaczu..."Jak można być aż tak nieodpowiedzialnym?!", skarciła się w duchu.
Westchnęła ze swojej bezradności i obrzuciła smutnym wzrokiem siwą, uśmiechniętą kobietę.Nie darowałaby sobie gdyby przez jej niekompetencje ona ucierpiała...
Cały ranek zadręczały ją ponure wizje, a dzień zapowiadał się tak pięknie!
Po obiedzie złapała za płaszcz i schowała pod nim suknie.
Pospiesznym krokiem popędziła do miejsca nad którym nocą wisi księżyc...pod stara sekwoje.
Mężczyzny nie było jeszcze na miejscu, co Pieceheart wykorzystała.Zrzuciła z siebie łachmany i powoli zaczęła zakładać na siebie szykowną suknię, ostrożnie - jakby bała się, że chwila nieuwagi, a strój leżałby w strzępach.Nagle poczuła, że ktoś zapina jej suwak na plecach.Spąsowiała, wiedziała kim była ta jakże "pomocna" osoba.
-Pięknie wyglądasz Alisho...podkreśla twój kolor oczu.Takie ubrania noszą teraz kobiety...proste.Szykowne...bez zbędnych kokard i ozdób...jednak uwydatniające sylwetkę.Kocham w ludziach ich pomysłowość.-Objął ukochaną od tyłu, suknia opinała się ciasno wokół jej smukłej talii i kobiecych krągłości.
-D-dziękuję.-Wydukała zakłopotana.Nie wiedziała czy jest szczęśliwa czy wściekła.Przecież on mógł zobaczyć ją nago!Mimo tego jego słowa były takie miłe i ciepłe...i mogła dowiedzieć się czegoś o "normalnych" ludziach.
-Nie ma za co...chciałem ci coś pokazać.Ostatnio wspominałem, że ten las jest nieciekawy?Mówiłem prawdę...jest nieciekawy jeśli ma się zamknięte oczy...pomogę ci je otworzyć.-Rzekł z tajemniczym uśmiechem.
-Co chcesz przez to powiedzieć?-Uniosła brew.
-To...-Wpił się w jej usta.Ona chciała się wyrwać z jego uścisku lecz był zbyt silny.Zamknęła oczy, gdy je otworzyła zauważyła, że jego skóra lekko promieniuje złotem.Jego oko było teraz wściekle błękitne.
-C-co się stało?-Zapytała.
-Teraz widzisz wszystko to co ja widzę...widzisz prawdę.-Odrzekł.Usłyszała szelest, zza krzaków wyskoczył królik, który po chwili zaczął zmieniać swój wygląd...to był gnom.Siedemnastolatka pisnęła.Cipher przytulił ją.-Ni bój się...-Szepnął jej do ucha.
-Nie boje się...to jest przepiękne...ale im ty jesteś?-To pytanie uderzyło w niego ze zdwojoną siłą.-Czarodziejem?
-Raczej...demonem.-Po tych słowach uśmiech zrzedł na jej ustach.Odsunęła się od niego.-Proszę, My Lady...nie chcę zrobić ci krzywdy...Prawdą jest, że ma natura nie jest ludzka, lecz ja też potrafię kochać!-Rzekł smutnym głosem i złapał jej dłoń.Przyłożył ją do swojej piersi.-Nie czujesz, że moje serce bije?Jesteś mą miłością Alisho!Od dnia twoich narodzin obserwowałem cię, wiem, że ty też darzysz mnie sympatią!-Zbliżył swoje usta do jej lica.
-Od dnia moich narodzin, mówisz?-Schowała twarz w jego ramionach.Czy to prawda, że słyszała kiedyś jego głos i widziała oblicze...?
--Twoja matka była martwa, miałaś dołączyć do niej u bram niebios...moje serce krajało się, gdy to obserwowałem.Postanowiłem pomóc tej niewinnej istotce...Zaniosłem ja do najbliższej chaty i od tego czasu ją obserwowałem pod przysięga, że jeszcze się spotkamy.Dotrzymałem obietnicy.-Skończył i uśmiechnął się delikatnie.
***
-Więc ocaliłeś mnie?-Kąciki ust Pieceheart uniosły się nieznacznie.Rozmówca przytaknął.Od tamtej pory kochankowie żyli wspólnie w sekrecie.Ich zauroczenie kwitło niczym krzew róży.
Bill spełniał życzenia ukochanej, a ona miłowała go ponad siebie.Całe dnie przesiadywali na leśnej polance.Po pewnym czasie z prośby piwnookiej las stał się domem różnych stworów...teraz tylko były one widoczne dla każdego.
Nie ważne czy to krasnal czy też smok...
Wszystko zmieniło się gdy przybrana matka młodej kobiety postanowiła wydać ją za mąż.Jej małżonkiem miał zostać zamożny malarz.
-Ja go nie kocham!-Krzyknęła.
-On może ci zapewnić godne życie!-Pięćdziesięciolatka nie miała zamiaru się poddawać.Na Boga!Czy jej córka nie rozumiała, że ona chce dla niej jak najlepiej?
-Ale ja mam już narzeczonego!-Poczerwieniała.Źrenice jej matki rozszerzyły się.
-C-co?-Zdziwiła się.Czy ona o wszystkim dowiadywała się ostatnia?
-Ja i Bill zamierzamy się pobrać!-Rzekła głosem nieznającym sprzeciwu.
-Kim jest ten mężczyzna?-Spytała siwowłosa.
-Dowiesz się w swoim czasie!
-Jeśli nie masz zamiaru odpowiedzieć swojej matce, dobrze!W takim razie wydam cię już jutro!-Postanowiła staruszka.
-Mamo?!Nigdy się na to nie zgodzę!-Partnerkę demona zamknięto na strychu.Padła z płaczem na łoże.Nie chciała kochać nikogo innego jak tylko Ciphera...Jej policzki były mokre, musiała coś zrobić!Ale co...?Została uwięziona.Nie miała szansy na ucieczkę.Mogła tylko czekać do dnia jutrzejszego...
Dream Daemon czekał na nią...Jednak nie przychodziła.Następnego dnia także...i następnego...w końcu postanowił złamać daną jej wcześniej obietnice i pójść do jej domu.Nie zastał jej, jednak dowiedział się, że ona...ma już kogoś.Wściekł się i popędził do jego posiadłości.Gdy ukochana go zobaczyła rzuciła mu się w ramiona z płaczem co wyraźnie nie spodobało się człowiekowi stojącymi w drzwiach.
-Nie udało mi się...przegrałam...Już nie mogę być twoja!-Piszczała.
-Ciii...nic się nie stało!Zlikwiduje tego człowieka...i będziesz wolna.-Zamruczał blondyn.
-Oskarżą cię o morderstwo...-Wyszeptała.
-To zwykli ludzie...nic mi nie zrobią.-Odparł.I zrobi to.Ukrywali to przez kilka miesięcy aż pewnego dnia kobieta zaczęła rodzić...to było dziecko martwego człowieka.Nie było innej opcji.Trzeba było ją zabrać do lekarza.Gdy spytał złotookiego gdzie ojciec on odparł : "Przewraca się w grobie".
-A co się stało?-Zmarszczyła brwi położna.
-Zabiłem go.-Zaśmiał się zażenowany demon.
Nie spodziewał się, że może mu coś się stać...to był jego błąd.Ledwo uniknął śmierci, polano go wodą święconą i pozostawiono umierającego z nadzieją, ze wyzionie ducha...
Szatynka została spalona na stosie, a w ostatnich słowach obiecała, że nie wybaczy mieszkańcom Gravity Falls.Palona była na balach ze ściętej sekwoi...Nazwano ją Alishą Pines - wiedźmą leśną czy też złą driadą.Zrodzona i zgładzona pod sosną...jej potomek przeżył....Gdy demon i jego partnerka, ci którzy utrzymywali magię tej ziemi w ryzach odeszli, potwory zbuntowały się przeciw istotą ludzkim...
***
-Czas mojej zemsty nadchodzi.Rozerwę dla ciebie wrota piekieł i niebios!My Lady...będziesz jednak musiała się dowiedzieć, że wraz z tobą spłonęła ma dusza...-Błękitny płomień spowił zdjęcie...Zmieniło się w popiół.
W jego złotych oczach lśniła furia, pamiętał wszystkie z upojnych dni spędzonych wspólnie z lubą...
Westchnął, wiedział, że jego plan może się nie powieść, lecz zawsze warto próbować, prawda?
Akceptował skutki przegranej...ale rozumiał, że gdy stracił okazję, która może już się nie powtórzyć.Zacisnął dłoń w pięść.Musiał po prostu uważnie obserwować i czekać.Bo wiedza jest kluczem do sukcesu!
piątek, 3 lipca 2015
Rozdział 4 - Miłość
120 lat wstecz w Gravity Falls przyszła na świat piękna dziewczynka, stało się to na leśnej polanie, pod Sosną.Jej narodzinom towarzyszył zachód słońca.Matka umarła tuż po porodzie, zapomniana przez resztę okrutnego świata.Osamotniła dziecko, było ono głodne i zziębnięte.Dołączyłoby do niej u bram zaświatów gdyby nie wysoki mężczyzna w złotym płaszczu, który dostrzegł w jej oczach urodę i mądrość.Zapragnął tej słodkiej, niezależnej kobiety, która miała sobie takie pokłady siły.Wziął ją na ręce, a ona wtuliła się w jego tors.
Poczuł przypływ ciepła, jego serce waliło jak młot.
Musiał znaleźć schronienie dla tej małej, bezbronnej kuleczki!
***
Minęło kilka godzin, a on wciąż szukał dla niej domu.Zobaczył jakąś chatkę dość blisko lasu.Zapukał do jej drewnianych drzwi i zostawił przed nimi noworodka owiniętego w jego złoty prochowiec.Na pożegnanie ucałował małą w czoło i...zniknął.
W powietrzu rozbrzmiały nieme słowa "Do zobaczenia...My Sweety".
***
Czas leciał szybko, dziewczynie nadano imię Alisha.Z upływem lat stawała się ona coraz bardziej bystra i ciekawa świata.Rosła także jej uroda.Kasztanowe włosy sięgające do gostek związane były w gruby warkocz, jej piwne oczy okalały długie rzęs, a usta były pełne i intensywnie różowe.
Piękno to za mało by ją opisać.
Gdy ukończyła lat siedemnaście zainteresowała się magią o której wiele słyszała.
Jednego ze słonecznych dni lata spacerowała po lesie, natrafiła tam na dziwnie znajomego mężczyznę.
-Przepraszam!Czy my już kiedyś nie mieliśmy przyjemności?-Podeszła do blondyna który wpatrywał się w nią swoim jedynym okiem.Było widać, że nie posiadał drugiego...jedynie pusty oczodół przysłonięty grzywką.
-Oczywiście, znamy się...Alisho Pieceheart.-Odrzekł podchodząc do szatynki i całując jej dłoń.
-Wybacz...ale ja nie znam twego imienia,Proszę mi zdradzić swe miano!-Prawie, że zażądała.
-Jeśli taka twa wola...Jaśniepani.Zdradzę tobie tajemnicę...i tylko tobie.Zwą mnie Bill Cipher.-Ukłonił się ściągając przed nią cylinder.
-Dość niecodzienny tytuł.-Przyznała, a ten roześmiał się zauroczony jej bezpośredniością.
-Racja.-Potwierdził.-Zaobserwowałem, żeś ciekawa tych lasów, jednak one nie są szczególnie pociągające.Mogę to zmienić, szczypta magii, a spełnią się twoje najskrytsze marzenia!-Rzekł uwodzicielskim tonem.
Coś w jego głosie pociągało młodą panienkę, jego barwa, głębokość...i to, że go rozpoznała.
Czuła emanujący od dwudziestolatka spokój, po dłuższej chwili zwróciła uwagę na jego ubiór.On był odziany w złoty frak, a...ona zniszczoną suknie.
-Przepraszam, że zawróciłam panu głowę, sir Cipher...-Spuściła wzrok.Ten uniósł delikatnie jej podbródek.Patrzyli sobie w oczy, ich serca wygrywały tą samą melodię...
Klatka piersiowa mężczyzny unosiła się i opadała w wolnym tempie.
-Nie przepraszaj, pragnę byś zauważała mnie częściej, My Lady.Od tak dawna mnie nie widzisz...-Szepnął zmieszanej Alishy do ucha.Czuła jego ciepły oddech na karku, odsunęła się lekko zmieszana.
Nigdy w życiu nie czuła czegoś tak przyjemnego.
-Powinnam już wrócić do domu, muszę opiekować się moim młodszym braciszkiem chorym na astmę...-Pisnęła, jej sopran zdawał się jeszcze wyższy.Zaczęła biec w stronę swojej chałupki.
-Więc do widzenia!Czekałem na ciebie tyle lat, zniosę jeszcze tych kilka chwil wyżerającej mą duszę samotności!-Odwróciła się by przez sekundę spojrzeć na Billa, lecz jego już tam nie było.
-Cóż za dziwny jegomość...-Mruknęła pod nosem i zwolniła tępa.
Najbardziej zagadkowy był sekret utraconego oka.Chciała go o nie zapytać, jednak uświadomiła sobie w porę, że to niezwykle niestosowne.
Matula zawsze jej powtarzała, iż męża wojaka nie winno się wypytywać o blizny bitewne, gdyż on może nie chcę pamiętać tamtych okrutnych chwil.
Było już późno, słońce schowało się za horyzontem, a księżyc wdarł na jego miejsce oświetlając swym bladym światłem Gravity Falls.
Młoda Pieceheart nie mogła zasnąć, rozmyślała o złotookim adoratorze, który obiecał jej ponowne spotkanie.
Rozmarzyła się o cudownej konwersacji na temat jego przygód.W końcu wyglądał na człowieka obeznanego z życiem.Było w nim coś co alarmowało ją, że jest niebezpieczny, ale ona kochała ten dreszcz emocji.
-Oh cicho, ty niepoprawna romantyczko!-Zbrukała sama siebie.Jak mogło jej choć przejść przez myśl, że on chciałby z nią rozmawiać?!To kolejny nadęty bogacz pokroju Northwestów, uważający się za lepszego od innych!Zgrywał dżentelmena, a gdy przyszło co do czego zwiał naśmiewając się z jej żmudnych nadziei...
Nie było nawet mowy o romansie...jednak wydawał się być całkiem miły i nie dał po sobie poznać łgarstwa.
Zegar wybił północ, za oknem huknęła sowa.Piwnooka wygrzebała się z łóżka i podeszła do okna, po czym otworzyła je na oścież.Odetchnęła świeżym powietrzem, gwiazdy świeciły tak jasno...jak małe słońca.Jej uwagę przykuł gwiazdozbiór Wielkiej Niedźwiedzicy...Był wyjątkowy.Pragnęła by ona lub jej potomkowie byli jego bliżej.Zasnęła oparta o parapet wpatrując się w noc.Nawet nie poczuła gdy ktoś wziął ją na ręce i zaniósł z powrotem do łoża by złoży na jej ustach krótki, acz namiętny pocałunek będący zapowiedzią jutrzejszego wschodu...
Poczuł przypływ ciepła, jego serce waliło jak młot.
Musiał znaleźć schronienie dla tej małej, bezbronnej kuleczki!
***
Minęło kilka godzin, a on wciąż szukał dla niej domu.Zobaczył jakąś chatkę dość blisko lasu.Zapukał do jej drewnianych drzwi i zostawił przed nimi noworodka owiniętego w jego złoty prochowiec.Na pożegnanie ucałował małą w czoło i...zniknął.
W powietrzu rozbrzmiały nieme słowa "Do zobaczenia...My Sweety".
***
Czas leciał szybko, dziewczynie nadano imię Alisha.Z upływem lat stawała się ona coraz bardziej bystra i ciekawa świata.Rosła także jej uroda.Kasztanowe włosy sięgające do gostek związane były w gruby warkocz, jej piwne oczy okalały długie rzęs, a usta były pełne i intensywnie różowe.
Piękno to za mało by ją opisać.
Gdy ukończyła lat siedemnaście zainteresowała się magią o której wiele słyszała.
Jednego ze słonecznych dni lata spacerowała po lesie, natrafiła tam na dziwnie znajomego mężczyznę.
-Przepraszam!Czy my już kiedyś nie mieliśmy przyjemności?-Podeszła do blondyna który wpatrywał się w nią swoim jedynym okiem.Było widać, że nie posiadał drugiego...jedynie pusty oczodół przysłonięty grzywką.
-Oczywiście, znamy się...Alisho Pieceheart.-Odrzekł podchodząc do szatynki i całując jej dłoń.
-Wybacz...ale ja nie znam twego imienia,Proszę mi zdradzić swe miano!-Prawie, że zażądała.
-Jeśli taka twa wola...Jaśniepani.Zdradzę tobie tajemnicę...i tylko tobie.Zwą mnie Bill Cipher.-Ukłonił się ściągając przed nią cylinder.
-Dość niecodzienny tytuł.-Przyznała, a ten roześmiał się zauroczony jej bezpośredniością.
-Racja.-Potwierdził.-Zaobserwowałem, żeś ciekawa tych lasów, jednak one nie są szczególnie pociągające.Mogę to zmienić, szczypta magii, a spełnią się twoje najskrytsze marzenia!-Rzekł uwodzicielskim tonem.
Coś w jego głosie pociągało młodą panienkę, jego barwa, głębokość...i to, że go rozpoznała.
Czuła emanujący od dwudziestolatka spokój, po dłuższej chwili zwróciła uwagę na jego ubiór.On był odziany w złoty frak, a...ona zniszczoną suknie.
-Przepraszam, że zawróciłam panu głowę, sir Cipher...-Spuściła wzrok.Ten uniósł delikatnie jej podbródek.Patrzyli sobie w oczy, ich serca wygrywały tą samą melodię...
Klatka piersiowa mężczyzny unosiła się i opadała w wolnym tempie.
-Nie przepraszaj, pragnę byś zauważała mnie częściej, My Lady.Od tak dawna mnie nie widzisz...-Szepnął zmieszanej Alishy do ucha.Czuła jego ciepły oddech na karku, odsunęła się lekko zmieszana.
Nigdy w życiu nie czuła czegoś tak przyjemnego.
-Powinnam już wrócić do domu, muszę opiekować się moim młodszym braciszkiem chorym na astmę...-Pisnęła, jej sopran zdawał się jeszcze wyższy.Zaczęła biec w stronę swojej chałupki.
-Więc do widzenia!Czekałem na ciebie tyle lat, zniosę jeszcze tych kilka chwil wyżerającej mą duszę samotności!-Odwróciła się by przez sekundę spojrzeć na Billa, lecz jego już tam nie było.
-Cóż za dziwny jegomość...-Mruknęła pod nosem i zwolniła tępa.
Najbardziej zagadkowy był sekret utraconego oka.Chciała go o nie zapytać, jednak uświadomiła sobie w porę, że to niezwykle niestosowne.
Matula zawsze jej powtarzała, iż męża wojaka nie winno się wypytywać o blizny bitewne, gdyż on może nie chcę pamiętać tamtych okrutnych chwil.
Było już późno, słońce schowało się za horyzontem, a księżyc wdarł na jego miejsce oświetlając swym bladym światłem Gravity Falls.
Młoda Pieceheart nie mogła zasnąć, rozmyślała o złotookim adoratorze, który obiecał jej ponowne spotkanie.
Rozmarzyła się o cudownej konwersacji na temat jego przygód.W końcu wyglądał na człowieka obeznanego z życiem.Było w nim coś co alarmowało ją, że jest niebezpieczny, ale ona kochała ten dreszcz emocji.
-Oh cicho, ty niepoprawna romantyczko!-Zbrukała sama siebie.Jak mogło jej choć przejść przez myśl, że on chciałby z nią rozmawiać?!To kolejny nadęty bogacz pokroju Northwestów, uważający się za lepszego od innych!Zgrywał dżentelmena, a gdy przyszło co do czego zwiał naśmiewając się z jej żmudnych nadziei...
Nie było nawet mowy o romansie...jednak wydawał się być całkiem miły i nie dał po sobie poznać łgarstwa.
Zegar wybił północ, za oknem huknęła sowa.Piwnooka wygrzebała się z łóżka i podeszła do okna, po czym otworzyła je na oścież.Odetchnęła świeżym powietrzem, gwiazdy świeciły tak jasno...jak małe słońca.Jej uwagę przykuł gwiazdozbiór Wielkiej Niedźwiedzicy...Był wyjątkowy.Pragnęła by ona lub jej potomkowie byli jego bliżej.Zasnęła oparta o parapet wpatrując się w noc.Nawet nie poczuła gdy ktoś wziął ją na ręce i zaniósł z powrotem do łoża by złoży na jej ustach krótki, acz namiętny pocałunek będący zapowiedzią jutrzejszego wschodu...
czwartek, 2 lipca 2015
Rozdział 3 - Zemsta
Mimo wszelkich obaw, sen chłopca mijał spokojnie.Nie doszło w nim do spotkania z demonem.Pewnym było natomiast, że pogrywał on sobie z rodziny Pines'ów, co nie podobało się im, a zwłaszcza Dipperowi.To on wydawał się być najbardziej podatny na manipulacje w której specjalizował się jego wróg.
On o tym wiedział, wiedział doskonale, że jest najsłabszym ogniwem.Wstydził się tego i chciał coś zmienić, na daremne.
Pochłaniała go ciekawość, czy Dream Daemon zemści się krwawo, a może nie dojdzie do rozlewu krwi?Nie...na to nawet nie można było liczyć.Przecież to pomiot piekieł łaknący ludzkich dusz i juchy.
Masowy mord był pewnikiem.
Dwunastolatek nie chciał przyznawać się do porażki, choć w dzienniku nie wspomniano jak zniszczyć tego potwora.
-Bo nie ma na to żadnego sposobu...-Ktoś mruknął mu do ucha swoim zmysłowym, głębokim głosem.Dzieciak odskoczył jak poparzony.
-To znowu...!-Cipher przyłożył mu palec do ust by go uciszyć.
-Pozwól, że cię wyręczę.Yes, yes, yes.It's me agin.-Szepnął demon łapiąc się za głowę jakby miał migrenę.Dopiero wtedy piwnooki zdał sobie sprawę, że jest czwarta nad ranem, a on leży w łóżku.Bill siedział na przeciw niego oparty o ramę łoża i śmiał się.
-Gdybyś widział teraz swoją minę, Kid...-Nie mógł przestać się śmiać.
"BILL!ZAMKNIJ SIĘ!", wrzasnął w myślach by nie obudzić swojej siostry, wiedział, że mężczyzna go słyszy...w końcu potrafił wyczytać każde jego przemyślenie, nawet najskrytsza tajemnica nie mogła się przed nim ukryć.
-Już milknę!-Zachichotał pod nosem, i udał, że zamyka usta na kłódkę i wyrzuca kluczyk.Tyle, że one na prawdę się zamknęły.
"Przestań zgrywać błazna...czego chcesz?Nie mogę nawet się wyspać?", denerwował się coraz bardziej jego rozmówca.
Cipher "otworzył" usta i odezwał się cicho.
-Wiem, że nie spałeś.I nie, nie obserwowałem cię, masz moje słowo.-Odparł na jego bulwersujące słowa...
"Ile warte jest słowo bestii?", zadał pytanie.
-Więcej niż możesz sobie wyobrazić.-Mruczał niczym najprawdziwszy kot.To było niesamowicie irytujące.
"Spytam o to co od dawna mnie dręczy, czemu się na mnie uwziąłeś?Nie chcesz po prostu mnie zabić?", żachnął się.
-To by było zdecydowanie zbyt proste.Ja zniszczę twoją psychikę, kawałek po kawałeczku...to gorsze od śmierci.Ja cię odmienię, twój charakter i uczucia, ciebie całego.Rozłożę twoje pojęcie bytu na części pierwsze.-Wściekła żółć jego ubioru kuła Pines'a w oczy.
"A czy...chcesz coś zrobić z Mabel, co z Grunle?Z moimi rodzicami i przyjaciółmi?", nie obchodziło go własne dobro, ten szaleniec mógł zrobić coś niewyobrażalnie złego także jego rodzinie.
-To już moja mała tajemnica.-Odrzekł po czym złapał dłoń dzieciaka i wgryzł się w jej wierzch.
-Co ty robisz...?-Powiedział tym razem na głos.
-Idź spać, My Little Kid...Śpij spokojnie!Niedługo spotkamy się ponownie, a do tego czasu I'll watch you...I'LL WATCH YOU!-W tym momencie powieki nastolatka zaczęły opadać.
***
Gdy otworzył oczy nikogo nie było obok, jedynie Mabel śpiąca smacznie w swoim łóżku.Spojrzał na zegar, 5.30 am.
To chore, śnić o tym, że nic ci się nie śniło...Zaśmiał się, za dużo wrażeń z poprzednich dni zrobiło swoje.Nie ma co...Chciał podrapać sie po nosie lecz gdy zobaczył swoją dłoń zbladł.Na jej wierzchu widniała blizna w kształcie kociego oka zamkniętego w trójkącie.
Spoliczkował sam siebie, nie mógł w to uwierzyć!Nie chciał!To oznaczało, że wszystko co usłyszał w tej rozmowie było prawdą?Czy nie było sposobu na zgładzenie, a przynajmniej wypędzenie demona?
Chłopak pokonywał gobliny, duchy i inne monstra, a nie podoła takiemu robakowi jak Bill?!Nie!Nie przyjmował porażki do wiadomości!On musiał to zrobić!Wykończyć, zabić tego śmiecia!Wyskoczył z łóżka i chwycił leżące na szafce nocnej dziennik i mitologię.
Z nowo nabytej książki wyrwał potrzebne mu strony,a resztę odrzucił.Połączył fakty.
Kim mógł być Cipher?Nie Bogiem, bo nie wiedział wszystkiego i nie był wszechmocny...także nie zwykłym demonem bo jego moc przekraczała granice.Pozostał Diabeł Kategorii 12 lub bożek...
Kupidyn istniał, więc inne bóstwa na pewno też.Jednak najprawdopodobniej to diabeł, coś na wzór ulepszonej wersji demona.W dodatku dwunastka...
Dipper włączył światło.
-Jest nocccc...Bro-bro, wyłącz słońce!-Wysepleniła na wpół przytomna Mabel.
-Sister...jest za dwadzieścia szósta.-Wycedził przez śmiech drugi bliźniak.To było przezabawne...spojrzał przez okno.Zapowiadała się paskudna pogoda.
"Na pewno będzie lało, no to nici z ekspedycji do lasu.A może to i lepiej?Będziemy mieli wolne...skupię się na planie działania.Odkryję jakiś sposób...", Myślał podciągając kolana pod szyję.Zgasił lampę i obejrzał uważnie oznaczenie na ręce.Nie bolało...Jakie miało zastosowanie?Chciało mu przypomnieć, że przegrana jest pewna?Powiedzieć mu, że zemsta nadchodzi?Że śmierć jest nieunikniona?
To dziwne...
W głowie dwunastolatka brzmiał bestialski głos potwora, a przed oczami migał uśmiech kota z Cheshire...
***
Tak jak przewidział Pines nie zamierzał się poddać...nawet nie domyślał się, że dzięki znakowi, blondyn może widzieć jego oczami.Tymi pięknymi piwnymi oczami które przypominały mu ją...nawet jego gesty były łudząco podobne.
Może dlatego miał do niego słabość?
Jednooki ściskał w dłoni pożółkłe zdjęcie pięknej kobiety o pewnym spojrzeniu i tajemniczym uśmiechu który mógł stopić serce.
-Pomyśleć, że to twoja prababka, Little Pine Tree...-Demon uronił łzę...
Jego skamieniałe serce wydawało się bić przez te kilka sekund.-Odzyskam cię droga Alisho...Nasza miłość powstanie z grobu...zbiorę tyle dusz ile trzeba by otworzyć bramę niebios i ściągnę cię tu...ukochana.A twoi potomkowie mi w tym pomogą.-Szeptał, a na fotografię opadały krople łez.Ciche "plum, plum" brzmiało w jego umyśle...
Cipher otarł morę powiekę.
-Zbliża się ten czas, nie ważne ilu ma zginąć jeśli my będziemy mogli być razem Alisho...Twój zgon zostanie pomszczony, gdy już wrócisz zemścimy się na twoich oprawcach.Pożałują!Moja zemsta, nie...nasza zemsta będzie krwawa!-Jego głos ucichł wraz z biciem serca.-Będziecie nam się kłaniać.
*** Wow!To on jednak ma serce i potrafi kochać...dość dojechane, nawet jak na mnie...Czyli to bliźniaki są złe bo chcę mu przeszkodzić wskrzesić ukochaną czy jak...?
środa, 1 lipca 2015
Rozdział 2 - Plany
10.00 pm...Za chwilę grupa miała wyjeżdżać.
Dipper cieszył się na to spotkanie, do czasu gdy Stanek mu go zabronił.
"To już przesada!On nie dopadnie mnie tam!Będę ze znajomymi!", zaskamlał chłopiec.
"Niczego nie możemy być pewni!Koniec i kropka!Zostajesz w domu!", Głos jego Grunkle nie znał sprzeciwu.Mimo próśb dzieciaka nic się nie zmieniło.
-No dalej, Bro, Bro!Uśmiechnij się...nie jest tak źle!-Szturchnęła brata Mabel która właśnie miała zamiar wyjść.
-To głupie!Niby czemu tobie wolno iść, a mnie nie?I gdzie tu sprawiedliwość?-Bulwersował się.Był na prawdę wściekły, rozumiał, że Stan się o niego martwi, ale rujnowanie mu życia towarzyskiego to już zbyt wiele!
-Jakoś to będzie...-Starała się go pocieszyć bliźniaczka.Chciała odzyskać dawnego brata...zobaczyć jego uśmiech który ostatnio gdzieś zaginął...ten prawdziwy uśmiech, nie sztuczny.Musiała mu pomóc, uwolnić od samotności którą się otaczał, bo przecież to on odtrącał wszystkich dookoła gdy całe dnie poświęcał dziennikowi.Dziewczyna zaczęła pałać nienawiścią do tej książki, do tego co rozdzierało jej brata między wiedzą, a miłością i przyjaźnią.-Mam do ciebie pytanie...o czym rozmawiałeś z wujkiem?-Zagadnęła nagle.Młody Pines się tego nie spodziewał.
-My...rozmawialiśmy o moim śnie.W tej marze odwiedził mnie Bill.-Postanowił powiedzieć prawdę.
-Że niby co?!Bracie, czemu mi o tym nie powiedziałeś do jasnej tęczy?!-Jej źrenice rozszerzyły się.
-Czy ty powiedziałaś "Do jasnej tęczy"?-Zdziwił się.
-To nie jest teraz najważniejsze!Jak mogłeś mnie o tym nie poinformować?Czy ja się już dla ciebie w ogóle nie liczę?-W jej oczach zalśniły łzy.Piwnooki poczuł się głupio.Jak mógł być takim idiotą?Przytulił Shooting Star.
-Oczywiście, że się dla mnie liczysz!Powinnaś wiedzieć, że dla mnie jesteś najważniejsza!Boże!Przecież jesteś moją Sister!-Zaśmiał się.Ona po chwili też zachichotała.
-Następnym razem jak to coś cię będzie drażniło to masz ode mnie...
-Błagam tylko nie to...-Nie wierzył w to co zobaczył.
-Łaaaaapaaaaacz snóóóóow!-Wyciągnęła zza łóżka drewniany okrąg z wydrążonymi w środku wzorami i orlimi piórami powieszonymi u podstawy.-Będzie oczyszczał każdy twój koszmar!-pomachała mu talizmanem przed twarzą.
-Dzięki!-Wziął prezent i powiesił go nad poduszką."Może i to zabawka ale podarowana ze szczerego serca...", pomyślał.
Mabel musiała już biec do auta...
"Hej, a może tak wielki powrót Doktorka?", przeszło Dipperowi przez myśl.Musiał działać!Otworzył okno i chwycił rury z której zjechał kawałek w dół i skoczył na śmietnik z którego spokojnie mógł zejść na ziemię.Przy tej "operacji" wszyscy z grupy skandowali "Dr. Funtimes!".
Chłopak ukłonił się .
-Dip!Uciekłeś Stanowi?Respect!Ja bym się strachała!-Przyznała Wendy.
-Ach!Będzie okay, Grunkle nie jest taki zły...ale na wszelki wypadek spadajmy!-Zapakował się na tyły samochodu.
-Spodziewałam się tego...-Zarechotała bliźniaczka.
-Jestem aż tak przewidywalny?-Wydął usta.
-Nie, bliźniacza intuicja!
*
Droga minęła na rozmowie.
-Jesteś moim bratem, musimy o tym rozmawiać, przecież powinniśmy siebie pomagać!-Skarciła go.
Czemu on nie rozumiał, że jego siostrzyczka się martwi?I kocha go ponad własne życie...gdyby coś mu zagrażało...
-Jasne, jasne...!-Przerwał jej.-Mystery Twins?-Wystawił dłoń.
-Mystery Twins!-Przybiła z nim piątkę.
-Jesteśmy na miejscu ferajna!-Oznajmił Thompson.
Wszyscy wyskoczyli z jego vana.Teraz śmiejąc się i gadając na błahe tematy szli przed siebie.W przeciągu godziny zdążyli machnąć graffiti na ścianie jakiegoś sklepu i czmychnąć przed policją, co nie było takie trudne zważywszy na to, iż Szeryf i jego pomocnik są...lekko nieogarnięci("Lekko" jest wielkim nagięciem prawdy).
Młody Pines zatrzymał się pod księgarnią.
-Zaraz wracam!-Krzyknął do przyjaciół i wszedł do budynku.Całodobowy sklep z książkami...raj dla kogoś takiego jak on.
Miał tam zamówioną książkę o wierzeniach świata.
Pomieszczenie w którym się znalazł było ciemne, usiane regałami, a w powietrzu unosiły się koty kurzu.
-Witaj Dipper, Skarbie!-Powitała go ciepło podstarzała kasjerka.
-Dobry Wieczór Mrs. Kettle!-Odpowiedział jej z uśmiechem.-Przyszła już moja księga?-Zapytał opierając się o blat.
-Mhm, jest na zapleczu, skoczyć po nią?-Zaproponowała nie odrywając wzroku od swojej gazety."Tygodnik Gravity Falls", przeczytał chłopiec.Pewnie autorstwa Toby'ego Determined'a.Nic ciekawego.
-Nie trzeba!Sam po nią pójdę!
-Leży na półce drugiej od dołu!-Powiadomiła go starowinka.
-Bardzo dziękuje!-Pines pobiegł do pokoju obok i rozpoczął swoją "misję".Po kilku minutach odniósł zwycięstwo.Kartkował książkę, jego uwagę przykuł rozdział trzeci.Był poświęcony w całości zakonowi Iluminatów, których znakiem niegdyś była sowa Minerwy, lecz zmieniono ją na wszechwidzące oko Boga, "oko opatrzności".
-Boże, tylko nie to...-Dipper zasłonił usta dłonią.To coś wyglądało zupełnie jak ten parszywy Dream Daemon, który prześladował jego rodzinę i całe miasteczko...Szatynowi wydawało się, że piramida mrugnęła do niego.Zatrzasnął manuskrypt i schował za kamizelkę, po czym w błyskawicznym tempie i bez pożegnania opuścił księgarnie.Nie był świadom jednego, istotnego faktu.Mianowicie - że ktoś go obserwował.
W cieniu kryła się smukła sylwetka(Nie, to nie Slender...i tak oto popsułam wasze marzenia).
Nie można było zidentyfikować do kogo należała, jednak każdy z Was, Drodzy Czytelnicy mógłby się domyślić chociażby po fakcie, iż w tym nocnym krajobrazie światłem jarzyło się złote oko, a tuz pod nim mroził krew w żyłach psychopatyczny uśmiech kota z Cheshire rodem z horroru...
-Młody, biedny Little Pine Tree...jeszcze nie wiesz co cię czeka.Zgotuję na tej ziemi małe piekło, a ty będziesz obserwował, cieszył się i śmiał z tego!Razem to zrobimy Sosna, razem.Ja, ty i Shooting Star.-W zaułku rozbrzmiał jego chłodny, pozbawiony emocji śmiech.
*
-I jak?Masz już tą mito-mito-mitologię?-Skoczyła na brata Mabel.
-Jasne.-Odparł i obejmując ją ramieniem ruszył w stronę auta gdzie już na nich czekano z michą dymiącego "Co tak długo?".
Robbie i Tambry całowali się, piwnooki udał odruch wymiotny na co reszta grupy zachichotała.Może prócz Mabel która była w niebo wzięta, że tej parze się powodzi.
Bliźniaki wskoczyły do samochodu.Droga minęła szybko i w dość dobrym nastroju.Młody Pines mógł wreszcie zapomnieć o swoich zmartwieniach.
-Nara dzieciarnia!-Pomachali im nastolatkowie gdy byli przy Mystery Shack.
Rodzeństwo chciało się cichaczem wkraść do pokoju i udawać przed wujem, że grzecznie śpią.No przynajmniej Dipper.Bo to on w przeciwieństwie do Mabel miał zakaz wychodzenia.
Na ganku czekał już na nich Grunkle Stan.Dwunastolatek odskoczył jak poparzony gdy go zobaczył.
-Mała, co tak późno...?A z tobą jeszcze sobie rano porozmawiam!-Wskazał na bratanka.-Jest już prawie 2.00 am.-Zmarszczył brwi próbując odczytać godzinę na zegarku.
-Trochę się zasiedzieliśmy...-Przyznała zawstydzona dziewczyna łapiąc się za ramie.
Na powitanie wybiegła jej ukochana świnka.-Naboki!-Maniaczka swetrów straciła zainteresowanie całym światem i zaczęła przytulać zwierzaka który kwiczał i piszczał widocznie zaniepokojony zbyt entuzjastyczną reakcją właścicielki tarmoszącej go za pulchniutkie, jak to u świnki, policzki.
*
Gdy Mystery Twins leżeli już w łóżkach Dip wciąż myślał o słowach Billa.Chodziło mu o sen, a może spotkali się tej nocy...?Tyle, że to było nie możliwe!A jednak.Chłopak przypomniał sobie zdarzenie w księgarni.Zadręczony tymi wszystkimi pytaniami na które nie znał odpowiedzi, zaspany dzieciak nawet nie zauważył gdy całkowicie oddał się w objęcia Morfeusza.
Dopiero teraz mógł osiągnąć spokój, wiedział, ze ktoś go strzeże...że nie tylko on musi ją wspierać, bo jego sister też udzielała mu pomocy.Nad jego głową wciąż wisiał, niczym anioł stróż, ręcznie robiony łapacz snów...
***
No i już jest!Trzeci rozdział mojej, nie daj boże, powieści.
Mam nadzieje, że się wam spodobał.No, zaczyna się rozkręcać.Co ten Cipher szykuje?
Dipper cieszył się na to spotkanie, do czasu gdy Stanek mu go zabronił.
"To już przesada!On nie dopadnie mnie tam!Będę ze znajomymi!", zaskamlał chłopiec.
"Niczego nie możemy być pewni!Koniec i kropka!Zostajesz w domu!", Głos jego Grunkle nie znał sprzeciwu.Mimo próśb dzieciaka nic się nie zmieniło.
-No dalej, Bro, Bro!Uśmiechnij się...nie jest tak źle!-Szturchnęła brata Mabel która właśnie miała zamiar wyjść.
-To głupie!Niby czemu tobie wolno iść, a mnie nie?I gdzie tu sprawiedliwość?-Bulwersował się.Był na prawdę wściekły, rozumiał, że Stan się o niego martwi, ale rujnowanie mu życia towarzyskiego to już zbyt wiele!
-Jakoś to będzie...-Starała się go pocieszyć bliźniaczka.Chciała odzyskać dawnego brata...zobaczyć jego uśmiech który ostatnio gdzieś zaginął...ten prawdziwy uśmiech, nie sztuczny.Musiała mu pomóc, uwolnić od samotności którą się otaczał, bo przecież to on odtrącał wszystkich dookoła gdy całe dnie poświęcał dziennikowi.Dziewczyna zaczęła pałać nienawiścią do tej książki, do tego co rozdzierało jej brata między wiedzą, a miłością i przyjaźnią.-Mam do ciebie pytanie...o czym rozmawiałeś z wujkiem?-Zagadnęła nagle.Młody Pines się tego nie spodziewał.
-My...rozmawialiśmy o moim śnie.W tej marze odwiedził mnie Bill.-Postanowił powiedzieć prawdę.
-Że niby co?!Bracie, czemu mi o tym nie powiedziałeś do jasnej tęczy?!-Jej źrenice rozszerzyły się.
-Czy ty powiedziałaś "Do jasnej tęczy"?-Zdziwił się.
-To nie jest teraz najważniejsze!Jak mogłeś mnie o tym nie poinformować?Czy ja się już dla ciebie w ogóle nie liczę?-W jej oczach zalśniły łzy.Piwnooki poczuł się głupio.Jak mógł być takim idiotą?Przytulił Shooting Star.
-Oczywiście, że się dla mnie liczysz!Powinnaś wiedzieć, że dla mnie jesteś najważniejsza!Boże!Przecież jesteś moją Sister!-Zaśmiał się.Ona po chwili też zachichotała.
-Następnym razem jak to coś cię będzie drażniło to masz ode mnie...
-Błagam tylko nie to...-Nie wierzył w to co zobaczył.
-Łaaaaapaaaaacz snóóóóow!-Wyciągnęła zza łóżka drewniany okrąg z wydrążonymi w środku wzorami i orlimi piórami powieszonymi u podstawy.-Będzie oczyszczał każdy twój koszmar!-pomachała mu talizmanem przed twarzą.
-Dzięki!-Wziął prezent i powiesił go nad poduszką."Może i to zabawka ale podarowana ze szczerego serca...", pomyślał.
Mabel musiała już biec do auta...
"Hej, a może tak wielki powrót Doktorka?", przeszło Dipperowi przez myśl.Musiał działać!Otworzył okno i chwycił rury z której zjechał kawałek w dół i skoczył na śmietnik z którego spokojnie mógł zejść na ziemię.Przy tej "operacji" wszyscy z grupy skandowali "Dr. Funtimes!".
Chłopak ukłonił się .
-Dip!Uciekłeś Stanowi?Respect!Ja bym się strachała!-Przyznała Wendy.
-Ach!Będzie okay, Grunkle nie jest taki zły...ale na wszelki wypadek spadajmy!-Zapakował się na tyły samochodu.
-Spodziewałam się tego...-Zarechotała bliźniaczka.
-Jestem aż tak przewidywalny?-Wydął usta.
-Nie, bliźniacza intuicja!
*
Droga minęła na rozmowie.
-Jesteś moim bratem, musimy o tym rozmawiać, przecież powinniśmy siebie pomagać!-Skarciła go.
Czemu on nie rozumiał, że jego siostrzyczka się martwi?I kocha go ponad własne życie...gdyby coś mu zagrażało...
-Jasne, jasne...!-Przerwał jej.-Mystery Twins?-Wystawił dłoń.
-Mystery Twins!-Przybiła z nim piątkę.
-Jesteśmy na miejscu ferajna!-Oznajmił Thompson.
Wszyscy wyskoczyli z jego vana.Teraz śmiejąc się i gadając na błahe tematy szli przed siebie.W przeciągu godziny zdążyli machnąć graffiti na ścianie jakiegoś sklepu i czmychnąć przed policją, co nie było takie trudne zważywszy na to, iż Szeryf i jego pomocnik są...lekko nieogarnięci("Lekko" jest wielkim nagięciem prawdy).
Młody Pines zatrzymał się pod księgarnią.
-Zaraz wracam!-Krzyknął do przyjaciół i wszedł do budynku.Całodobowy sklep z książkami...raj dla kogoś takiego jak on.
Miał tam zamówioną książkę o wierzeniach świata.
Pomieszczenie w którym się znalazł było ciemne, usiane regałami, a w powietrzu unosiły się koty kurzu.
-Witaj Dipper, Skarbie!-Powitała go ciepło podstarzała kasjerka.
-Dobry Wieczór Mrs. Kettle!-Odpowiedział jej z uśmiechem.-Przyszła już moja księga?-Zapytał opierając się o blat.
-Mhm, jest na zapleczu, skoczyć po nią?-Zaproponowała nie odrywając wzroku od swojej gazety."Tygodnik Gravity Falls", przeczytał chłopiec.Pewnie autorstwa Toby'ego Determined'a.Nic ciekawego.
-Nie trzeba!Sam po nią pójdę!
-Leży na półce drugiej od dołu!-Powiadomiła go starowinka.
-Bardzo dziękuje!-Pines pobiegł do pokoju obok i rozpoczął swoją "misję".Po kilku minutach odniósł zwycięstwo.Kartkował książkę, jego uwagę przykuł rozdział trzeci.Był poświęcony w całości zakonowi Iluminatów, których znakiem niegdyś była sowa Minerwy, lecz zmieniono ją na wszechwidzące oko Boga, "oko opatrzności".
-Boże, tylko nie to...-Dipper zasłonił usta dłonią.To coś wyglądało zupełnie jak ten parszywy Dream Daemon, który prześladował jego rodzinę i całe miasteczko...Szatynowi wydawało się, że piramida mrugnęła do niego.Zatrzasnął manuskrypt i schował za kamizelkę, po czym w błyskawicznym tempie i bez pożegnania opuścił księgarnie.Nie był świadom jednego, istotnego faktu.Mianowicie - że ktoś go obserwował.
W cieniu kryła się smukła sylwetka(Nie, to nie Slender...i tak oto popsułam wasze marzenia).
Nie można było zidentyfikować do kogo należała, jednak każdy z Was, Drodzy Czytelnicy mógłby się domyślić chociażby po fakcie, iż w tym nocnym krajobrazie światłem jarzyło się złote oko, a tuz pod nim mroził krew w żyłach psychopatyczny uśmiech kota z Cheshire rodem z horroru...
-Młody, biedny Little Pine Tree...jeszcze nie wiesz co cię czeka.Zgotuję na tej ziemi małe piekło, a ty będziesz obserwował, cieszył się i śmiał z tego!Razem to zrobimy Sosna, razem.Ja, ty i Shooting Star.-W zaułku rozbrzmiał jego chłodny, pozbawiony emocji śmiech.
*
-I jak?Masz już tą mito-mito-mitologię?-Skoczyła na brata Mabel.
-Jasne.-Odparł i obejmując ją ramieniem ruszył w stronę auta gdzie już na nich czekano z michą dymiącego "Co tak długo?".
Robbie i Tambry całowali się, piwnooki udał odruch wymiotny na co reszta grupy zachichotała.Może prócz Mabel która była w niebo wzięta, że tej parze się powodzi.
Bliźniaki wskoczyły do samochodu.Droga minęła szybko i w dość dobrym nastroju.Młody Pines mógł wreszcie zapomnieć o swoich zmartwieniach.
-Nara dzieciarnia!-Pomachali im nastolatkowie gdy byli przy Mystery Shack.
Rodzeństwo chciało się cichaczem wkraść do pokoju i udawać przed wujem, że grzecznie śpią.No przynajmniej Dipper.Bo to on w przeciwieństwie do Mabel miał zakaz wychodzenia.
Na ganku czekał już na nich Grunkle Stan.Dwunastolatek odskoczył jak poparzony gdy go zobaczył.
-Mała, co tak późno...?A z tobą jeszcze sobie rano porozmawiam!-Wskazał na bratanka.-Jest już prawie 2.00 am.-Zmarszczył brwi próbując odczytać godzinę na zegarku.
-Trochę się zasiedzieliśmy...-Przyznała zawstydzona dziewczyna łapiąc się za ramie.
Na powitanie wybiegła jej ukochana świnka.-Naboki!-Maniaczka swetrów straciła zainteresowanie całym światem i zaczęła przytulać zwierzaka który kwiczał i piszczał widocznie zaniepokojony zbyt entuzjastyczną reakcją właścicielki tarmoszącej go za pulchniutkie, jak to u świnki, policzki.
*
Gdy Mystery Twins leżeli już w łóżkach Dip wciąż myślał o słowach Billa.Chodziło mu o sen, a może spotkali się tej nocy...?Tyle, że to było nie możliwe!A jednak.Chłopak przypomniał sobie zdarzenie w księgarni.Zadręczony tymi wszystkimi pytaniami na które nie znał odpowiedzi, zaspany dzieciak nawet nie zauważył gdy całkowicie oddał się w objęcia Morfeusza.
Dopiero teraz mógł osiągnąć spokój, wiedział, ze ktoś go strzeże...że nie tylko on musi ją wspierać, bo jego sister też udzielała mu pomocy.Nad jego głową wciąż wisiał, niczym anioł stróż, ręcznie robiony łapacz snów...
***
No i już jest!Trzeci rozdział mojej, nie daj boże, powieści.
Mam nadzieje, że się wam spodobał.No, zaczyna się rozkręcać.Co ten Cipher szykuje?
wtorek, 30 czerwca 2015
Rozdział 1 - Zapowiedź
Była 14.00 pm, po wciśnięciu jakimś naiwniakom kitu i sprzedaniu im góry starych gratów, Stan postanowił się przejść.Przetarł chusteczką zakurzone okulary i powiadomił pracowników, że idzie, jak to się wyraził - "Na Poszukiwanie Nowych Atrakcji!"
Pierwszy kwadrans spaceru był spokojny, napotkał jedynie młodego centaura i parę gnomów ganiających za wiewiórkami w celu kradzieży orzechów, jednakże nic co mogłoby stanowić zagrożenie dla Starego Wygi.
W powietrzu czuł woń igliwia i wody rzecznej...no tak, niedaleko płynął strumień, właśnie tam skierował się mężczyzna.Po chwili wszystkie dźwięki dookoła zagłuszał szum pobliskiego wodogrzmotu.
Podróż mimo pozorów trwała dość długo, co nie było spowodowane wolnym chodem, a nieprzyjaznym ukształtowaniem terenu...Las usiany był pagórkami, mieszkały w nich różne stworzy więc trzeba je było omijać szerokim łukiem.
Jednakże dotarł do celu, to było najważniejsze!Mógł nacieszyć się widokiem tak pięknego krajobrazu.
Zdjął czapkę i podszedł do rzeki.Wilgotne powietrze zmierzwiło jego siwe włosy.
Odetchnął głęboko, zapach jarzębiny i malin komponował się wywołując uśmiech na twarzy sześćdziesięciolatka.
Pines usiadł na miękkim mchu, ten dzień był na prawdę idealny na spacer do lasu.Wreszcie mógł się oderwać od problemów, hałasu...mógł się zrelaksować obserwując czar natury.
Zawsze zastanawiało go czemu ten teren jest tak popularny wśród monstrów...Może dlatego, że był oderwany od reszty świata, że był czysty?Prawdopodobnie tak.
W końcu jego głowa opadła na ziemię, zapadł w sen z którego obudzić go miał jedynie cichy, szyderczy chichot należący do nikogo innego jak nie...
-Bill Cipher!-Warknął Stanek z pogardą, nad nim wisiał roześmiany blondyn bez prawego oka.
-Stary Pines!-Demon udał radość, jakby zobaczył starego, dobrego przyjaciela z którym nie rozmawiał twarzą w twarz przez wieki.
-Co ty tu robisz, potworze?!-Siwowłosy podniósł się z ziemi i splunął na buty przeciwnika.
-To śmieszne!Podobne pytanie zadał mi dziś twój bratanek!A jednak jesteście do siebie w pewnym stopniu podobni!-Rzekł pogodnym głosikiem niewiniątka Bill.
-Dipper?Zaglądałeś do jego snów?!Co żeś mu zrobił do cholery?!-Wydarł się wściekły mężczyzna chwytając za kołnierz Dream Daemona i podnosząc go z ziemi.Ten wciąż szczerzył kły, kopnął rozmówcę w splot słoneczny, a gdy ten opadł na ziemię walnął go laską w żebra.Ofiara krzyknęła z bólu, było to miodem na uszy demona.
-Zastanów się co robisz, nim zaczniesz działać, Starcze!W innym przypadku twa kara będzie sroga!Choć...wynagrodzę twoją śmieszną odwagę i udzielę odpowiedzi na to pytanie.-Poprawił muszkę i przeczesał dłonią gąszcz swoich złocistych włosów.-Odwiedziłem go we śnie, jednak nic mu nie zrobiłem, Shooting Star zbudziła go nim miałem okazje.Choć...kto wie co wydarzy się tej nocy?Tego nawet ja nie jestem pewien...-Przybrał swój psychopatyczny wyraz twarzy.
-Nie pozwolę ci zrobić mu krzywdy!Dopóki moje serce bije, a dusza jest złączona z ciałem dopóty ty nie dostaniesz Mabel i Dippera w swoje obślizgłe łapska!-Wysyczał Pines.
Bezoki zaśmiał się w swój upajający, choć psychiczny sposób.
-Sądzę, że nie masz tu nic do gadania!Przyszedłem do ciebie jedynie w celu rozerwania się, Stary Człowieku.Ta konwersacja niemal mnie rozbawiła, niemal.Nawet gdybyś miał ze mną jakieś szanse, nie dałbym ci wygrać!Nie w tej sytuacji!Mam plany co do Little Pine Tree i jego siostrzyczki...Wielkie plany!Oni są jedynym co może mi przeszkodzić...i jedynym co mi pomoże.-Przemówienie zakończył ściszonym głosem.
-Jeśli spadnie choć jeden włos z ich główek zgładzę cię...Żadna magia ci nie pomoże!Nawet moc boska!Rozumiesz to, śmieciu?!Nawet nie licz na spotkanie z Dipperem!-Groził, lecz Cipher go ignorował.
-Jeszcze się przekonamy Stanford...-Przekrzywił głowę i dodał szybko.-Do tego czasu...I'll Watch You!-Mignęło złote światło...i jego już nie było.Zostało tylko złe wspomnienie.
Stanowi ledwo udało się wstać, chwiejnym krokiem dotarł do najbliższego drzewa i oparł się o nie...Co mógł zrobić w takiej sytuacji?Pragnął ochronić bliźniaki ale był tylko człowiekiem...
-Może i jesteś istotą ludzką...lecz masz dziennik...siłę...pamiętaj.-Zmotywował sam siebie.
Podróż do Mystery Shack zdawała się ciągnąć w nieskończoność.
Gdy się skończyła przywitały go dzieciaki.
-Grunkle Stan?!Co ci się stało?-Pisnęła przerażona stanem wuja dwunastolatka.
-Ech!Nie róbcie z tego powodu afery!Tylko się przewróciłem!-Skłamał, po czym zaśmiał się nerwowo.-Już nie to samo ciało co niegdyś!-Spojrzał na zdziwione rodzeństwo.-A wy co huncwoty?-Objął bratanków ramieniem.-Mabel, Słońce.Chciałbym porozmawiać z twoim bratem, dobrze?-Wydusił w końcu.Ci zdziwili się, że jest tak miły.Co mogło się stać?
-Um, jasne...-Odrzekła gładząc sweter.Weszła do Chaty, Dipper i Stanford zostali na ganku.
-Więęęc, o czym chciałeś porozmawiać?-Lekko zakłopotany szatyn podrapał się po głowie.
-Chciałbym byś opowiedział mi o swoim śnie.-Starszy człowiek położył dłonie na ramionach piwnookiego.Ten przeraził się.Skąd Stanek mógł wiedzieć o jego koszmarze?Nikomu o nim nie wspominał!Nawet Mabel!
-Ja-ja-jak ty?-Zaczął się trząść z nerwów.
-Spotkałem dzisiaj tego...obrzydliwego potwora!Powiedział mi, ale nie wtajemniczył w szczegóły.Miałem nadzieję, że choć ty mnie oświecisz.Posłuchaj, to bardzo ważne!Może od tego zależeć życie, nie tylko twoje...ale i wszystkich ludzi.-Ścisnął chłopca mocniej.
-B-byłem w Dreamscape...widziałem moje pierwsze spotkanie z Cipherem...wtedy on na prawdę się zjawił.Zapytałem co robi w mojej głowie, on odparł, że chciał konwersacji...objął mnie i szepnął, że moja dusza jest niewinna i to dlatego tam jest.Wtedy Sister mnie obudziła...-Zarumienił się.-Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że on był w ludzkiej formie...Wyglądał jak prawdziwy człowiek!To na prawdę mnie zdezorientowało...-Skończył mówić.Wstydził się, że nie umiał nic poradzić, że siostra wyciągnęła go z tarapatów.To on powinien ją chronić, nie na odwrót.
-Myślę, że on chcę zrobić coś niewyobrażalnie złego...Trzeba na niego uważać.Dipper, bądź ostrożny...bo jeśli coś się wam stanie nigdy sobie tego nie wybaczę!rozumiesz mnie?Powiedz, ze rozumiesz!-Spoważniał jeszcze bardziej.
-Dobrze, rozumiem cię...-Dwunastolatek poprawi swoją niebiesko-białą czapkę.Jego wuj odetchnął z ulgą.
-Nie pozwolę by on nas skrzywdził, by skrzywdził kogokolwiek!-Przyrzekł dzieciak patrząc w twarz Grunkle Stana.
-Dziękuję, ze mi zaufałeś, Młody!A teraz do roboty!Pieniądze same się nie zarobią!-Zawołał.
-Eh...a już myślałem, że choć na chwilę przestanie myśleć o hajsie...-Zaśmiał się sam do siebie młody Pines.Jednak wiedział, ze sytuacja jest napięta, szykowało się coś wielkiego.Dzięki pracy mógł choć na chwilę zapomnieć o tym i się zrelaksować.A wieczorem jechał z Wendy na miasto...raczej z Wendy i ekipą...
*
Kolejny rozdział opowiadania, co miał na myśli Bill twierdząc, że bliźniaki mogą mu pomóc?Czy apokalipsa nadchodzi?Przekonamy się...
Pierwszy kwadrans spaceru był spokojny, napotkał jedynie młodego centaura i parę gnomów ganiających za wiewiórkami w celu kradzieży orzechów, jednakże nic co mogłoby stanowić zagrożenie dla Starego Wygi.
W powietrzu czuł woń igliwia i wody rzecznej...no tak, niedaleko płynął strumień, właśnie tam skierował się mężczyzna.Po chwili wszystkie dźwięki dookoła zagłuszał szum pobliskiego wodogrzmotu.
Podróż mimo pozorów trwała dość długo, co nie było spowodowane wolnym chodem, a nieprzyjaznym ukształtowaniem terenu...Las usiany był pagórkami, mieszkały w nich różne stworzy więc trzeba je było omijać szerokim łukiem.
Jednakże dotarł do celu, to było najważniejsze!Mógł nacieszyć się widokiem tak pięknego krajobrazu.
Zdjął czapkę i podszedł do rzeki.Wilgotne powietrze zmierzwiło jego siwe włosy.
Odetchnął głęboko, zapach jarzębiny i malin komponował się wywołując uśmiech na twarzy sześćdziesięciolatka.
Pines usiadł na miękkim mchu, ten dzień był na prawdę idealny na spacer do lasu.Wreszcie mógł się oderwać od problemów, hałasu...mógł się zrelaksować obserwując czar natury.
Zawsze zastanawiało go czemu ten teren jest tak popularny wśród monstrów...Może dlatego, że był oderwany od reszty świata, że był czysty?Prawdopodobnie tak.
W końcu jego głowa opadła na ziemię, zapadł w sen z którego obudzić go miał jedynie cichy, szyderczy chichot należący do nikogo innego jak nie...
-Bill Cipher!-Warknął Stanek z pogardą, nad nim wisiał roześmiany blondyn bez prawego oka.
-Stary Pines!-Demon udał radość, jakby zobaczył starego, dobrego przyjaciela z którym nie rozmawiał twarzą w twarz przez wieki.
-Co ty tu robisz, potworze?!-Siwowłosy podniósł się z ziemi i splunął na buty przeciwnika.
-To śmieszne!Podobne pytanie zadał mi dziś twój bratanek!A jednak jesteście do siebie w pewnym stopniu podobni!-Rzekł pogodnym głosikiem niewiniątka Bill.
-Dipper?Zaglądałeś do jego snów?!Co żeś mu zrobił do cholery?!-Wydarł się wściekły mężczyzna chwytając za kołnierz Dream Daemona i podnosząc go z ziemi.Ten wciąż szczerzył kły, kopnął rozmówcę w splot słoneczny, a gdy ten opadł na ziemię walnął go laską w żebra.Ofiara krzyknęła z bólu, było to miodem na uszy demona.
-Zastanów się co robisz, nim zaczniesz działać, Starcze!W innym przypadku twa kara będzie sroga!Choć...wynagrodzę twoją śmieszną odwagę i udzielę odpowiedzi na to pytanie.-Poprawił muszkę i przeczesał dłonią gąszcz swoich złocistych włosów.-Odwiedziłem go we śnie, jednak nic mu nie zrobiłem, Shooting Star zbudziła go nim miałem okazje.Choć...kto wie co wydarzy się tej nocy?Tego nawet ja nie jestem pewien...-Przybrał swój psychopatyczny wyraz twarzy.
-Nie pozwolę ci zrobić mu krzywdy!Dopóki moje serce bije, a dusza jest złączona z ciałem dopóty ty nie dostaniesz Mabel i Dippera w swoje obślizgłe łapska!-Wysyczał Pines.
Bezoki zaśmiał się w swój upajający, choć psychiczny sposób.
-Sądzę, że nie masz tu nic do gadania!Przyszedłem do ciebie jedynie w celu rozerwania się, Stary Człowieku.Ta konwersacja niemal mnie rozbawiła, niemal.Nawet gdybyś miał ze mną jakieś szanse, nie dałbym ci wygrać!Nie w tej sytuacji!Mam plany co do Little Pine Tree i jego siostrzyczki...Wielkie plany!Oni są jedynym co może mi przeszkodzić...i jedynym co mi pomoże.-Przemówienie zakończył ściszonym głosem.
-Jeśli spadnie choć jeden włos z ich główek zgładzę cię...Żadna magia ci nie pomoże!Nawet moc boska!Rozumiesz to, śmieciu?!Nawet nie licz na spotkanie z Dipperem!-Groził, lecz Cipher go ignorował.
-Jeszcze się przekonamy Stanford...-Przekrzywił głowę i dodał szybko.-Do tego czasu...I'll Watch You!-Mignęło złote światło...i jego już nie było.Zostało tylko złe wspomnienie.
Stanowi ledwo udało się wstać, chwiejnym krokiem dotarł do najbliższego drzewa i oparł się o nie...Co mógł zrobić w takiej sytuacji?Pragnął ochronić bliźniaki ale był tylko człowiekiem...
-Może i jesteś istotą ludzką...lecz masz dziennik...siłę...pamiętaj.-Zmotywował sam siebie.
Podróż do Mystery Shack zdawała się ciągnąć w nieskończoność.
Gdy się skończyła przywitały go dzieciaki.
-Grunkle Stan?!Co ci się stało?-Pisnęła przerażona stanem wuja dwunastolatka.
-Ech!Nie róbcie z tego powodu afery!Tylko się przewróciłem!-Skłamał, po czym zaśmiał się nerwowo.-Już nie to samo ciało co niegdyś!-Spojrzał na zdziwione rodzeństwo.-A wy co huncwoty?-Objął bratanków ramieniem.-Mabel, Słońce.Chciałbym porozmawiać z twoim bratem, dobrze?-Wydusił w końcu.Ci zdziwili się, że jest tak miły.Co mogło się stać?
-Um, jasne...-Odrzekła gładząc sweter.Weszła do Chaty, Dipper i Stanford zostali na ganku.
-Więęęc, o czym chciałeś porozmawiać?-Lekko zakłopotany szatyn podrapał się po głowie.
-Chciałbym byś opowiedział mi o swoim śnie.-Starszy człowiek położył dłonie na ramionach piwnookiego.Ten przeraził się.Skąd Stanek mógł wiedzieć o jego koszmarze?Nikomu o nim nie wspominał!Nawet Mabel!
-Ja-ja-jak ty?-Zaczął się trząść z nerwów.
-Spotkałem dzisiaj tego...obrzydliwego potwora!Powiedział mi, ale nie wtajemniczył w szczegóły.Miałem nadzieję, że choć ty mnie oświecisz.Posłuchaj, to bardzo ważne!Może od tego zależeć życie, nie tylko twoje...ale i wszystkich ludzi.-Ścisnął chłopca mocniej.
-B-byłem w Dreamscape...widziałem moje pierwsze spotkanie z Cipherem...wtedy on na prawdę się zjawił.Zapytałem co robi w mojej głowie, on odparł, że chciał konwersacji...objął mnie i szepnął, że moja dusza jest niewinna i to dlatego tam jest.Wtedy Sister mnie obudziła...-Zarumienił się.-Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że on był w ludzkiej formie...Wyglądał jak prawdziwy człowiek!To na prawdę mnie zdezorientowało...-Skończył mówić.Wstydził się, że nie umiał nic poradzić, że siostra wyciągnęła go z tarapatów.To on powinien ją chronić, nie na odwrót.
-Myślę, że on chcę zrobić coś niewyobrażalnie złego...Trzeba na niego uważać.Dipper, bądź ostrożny...bo jeśli coś się wam stanie nigdy sobie tego nie wybaczę!rozumiesz mnie?Powiedz, ze rozumiesz!-Spoważniał jeszcze bardziej.
-Dobrze, rozumiem cię...-Dwunastolatek poprawi swoją niebiesko-białą czapkę.Jego wuj odetchnął z ulgą.
-Nie pozwolę by on nas skrzywdził, by skrzywdził kogokolwiek!-Przyrzekł dzieciak patrząc w twarz Grunkle Stana.
-Dziękuję, ze mi zaufałeś, Młody!A teraz do roboty!Pieniądze same się nie zarobią!-Zawołał.
-Eh...a już myślałem, że choć na chwilę przestanie myśleć o hajsie...-Zaśmiał się sam do siebie młody Pines.Jednak wiedział, ze sytuacja jest napięta, szykowało się coś wielkiego.Dzięki pracy mógł choć na chwilę zapomnieć o tym i się zrelaksować.A wieczorem jechał z Wendy na miasto...raczej z Wendy i ekipą...
*
Kolejny rozdział opowiadania, co miał na myśli Bill twierdząc, że bliźniaki mogą mu pomóc?Czy apokalipsa nadchodzi?Przekonamy się...
poniedziałek, 29 czerwca 2015
Prolog - To Dopiero Początek Koszmaru!
Chłopak żuł ołówek wpatrując się w szkic przedstawiony na jednej z
pożółkłych ze starości kart dziennika.Rysunek przedstawiał dobrze znaną
mu postać, dobrze znaną i znienawidzoną.Demona który miał zamiar
zniszczyć wszystko co dla dwunastolatka najcenniejsze.
Ten ziewnął przetarłszy oczy.Było już po drugiej w nocy, a on skulony pod kocem świecił latarką w stronę książki.Łagodnie mówiąc było to dość nietypowe zachowanie.
-Bro, Bro...-Usłyszał i wyrwał się spod kołdry by zerknąć na siostrę.Książka spadła na podłogę, huknęła w zderzeniu w drewnianą belką.Zgasił światło i podniósł ją.
-Tak Sister?-Spytał zaspanym głosem.
-...idź już spać...-Wysepleniła chowając twarz w poduszkę.
-Mhm...-Tylko tyle był w stanie wydusić, jego powieki opadły, a on oddał się całkowicie w objęcia Morfeusza.Obudził się w starym budynku którego ściany były wypłowiałe, wręcz szare...z resztą tak jak cała reszta.Szatyn był już w tym miejscu, raz i to nie swoim....lecz zapadło mu to głęboko w pamięci.Ale teraz...czemu akurat tej nocy się tutaj znalazł?W dreamscape...?
-Halo?!-Zawołał choć wiedział, że to nie możliwe by ktoś udzielił mu odpowiedzi.Mógł się jednak łudzić nadzieją, bo co innego mu pozostało?
Po kilku minutach daremnych poszukiwań pomocy postanowił odwiedzić własne wspomnienia.
Otworzył jedne z wielu par drzwi i zbladł.Ujrzał scenkę w której po raz pierwszy zobaczył Billa.Ohydny obraz bestii za pomocą telekinezy wyrywającej żywcem zęby łani.Piwnooki mimowolnie się wzdrygnął.
-Moim zdaniem to przekomiczne!-Znajomy głos zmroził mu krew w żyłach.Cofnął się o kilka kroków i wpadł na kogoś.Odwrócił się.Przed nim stał wysoki mężczyzna w eleganckim ubraniu składającym się z czarnych, obcisłych spodni, koszuli tego samego koloru oraz złotej marynarki.Nad jego głową lewitował mały cylinder, a szyję zdobiła muszka.Około dwudziestoparoletni blondyn poprawił opaskę spoczywającą na prawym oku i powoli zbliżał się do dzieciaka którego twarz wykrzywiona była w grymasie przerażenia.
Dream Daemon nie miał powodu do obaw, uśmiechając się niczym kot z Cheshire brnął na przód, powoli...nie chcąc stracić ani jednej, cennej sekundy obserwacji.Buty na męskim obcasie sprawiały, że było słychać każdy krok.
-T-t-to na prawdę ty?-Wyjąkał Dipper zdziwiony niecodziennym wyglądem swojego wroga.
-A kim innym mógłbym być, Little Pine Tree?-Złotooki był już na prawdę blisko.Jego obecność przyprawiała Pines'a o dreszcze.-Twoja mina jest bezcenna...-Dodał świdrując go wzrokiem.
-Czemu tu jesteś?!WYNOŚ SIĘ!-Warknął chłopiec.
-Jesteś taki nie uprzejmy!Przyszedłem tu w gości...Chcę tylko...-Dotknął dłonią policzka nastolatka.-spotkać się z tobą i porozmawiać.-Druga ręka blondyna spoczywała na lewej łopatce dwunastolatka który przełknął ślinę.Czy to są jego ostatnie sekundy?
-Co ty robisz?!-Pisnął jak mysz, co spowodowało wybuch śmiechu u Ciphera.
-Jesteś rozkoszny, Młody...twoja dusza jest tak niewinna...-Bill oblizał wargi.-Właśnie w tym celu się z tobą spotykam.-Mruknął mu do ucha i zjechał lewicą niżej wbijając w ciało wyrywającej się ofiary szpony.-Spokojnie, Sosna...-Jego głos wydawał się być nieludzki.
-Zostaw mnie!-Załkał Szatyn mrożąc oczy.
-Co jest?Bro, Bro!Obudź się!-Poczuł, że ktoś nim potrząsa.Jego powieki wystrzeliły w górę.Zobaczył nad sobą Mabel.
-Sister?!-Odruchowo przytulił bliźniaczkę, która uspokajająco poklepała go po plecach.
-Dippy!Twoje oczy są przekrwione!Płakałeś?Ten sen był, aż tak okropny?!-Zasypała go gradem pytań.
-Nie pamiętam...-Skłamał.Nie chciał nikomu o tym mówić, to przecież był tylko sen...raczej koszmar.
-Oh...Okay!-Dziewczyna lekko się zawiodła.Miała nadzieję na "zabawę w terapeutkę".
-Tak w ogóle jesteś już na nogach?Która godzina?-Zmienił temat jej brat.
-Nooo...jest już 9.00 am...-Wytłumaczyła.
-Co?Czemu mnie nie obudziłaś?!-Dwunastolatek złapał się za głowę.Był pewien, że Grunkle Stan go zabije!
-Próbowałam, ale się nie dało.-Westchnęła ciężko poprawiając błękitny sweter ze szczeniaczkiem.
-Um, dobrze.Przepraszam, że na ciebie nawrzeszczałem.-Uśmiechnął się łagodnie i poklepał siostrzyczkę po ramieniu.-Eh, powiedz Stankowi, że zaraz zejdę na dół.-Dodał szybko.Dziewczyna kiwnęła głową i podreptała do wuja.
Gdy został zam, młody Pines miał niemiłe wrażenie, że ktoś go obserwuje.Ubrał się i poszedł do toalety.Przeczesał włosy, po czym umył zęby.
*
Schodził po schodach starając się nie myśleć o przedziwnym koszmarze.Jego twarz zrobiła się lekko różowa na to wspomnienie.Dotknął policzka na którym wciąż czuł dłoń Billa, przez jego głowę przeleciała myśl, że to jednak nie był sen.
"Bzdura!To nie możliwe!Ta mara była jedynie kolejnym wytworem mojej chorej wyobraźni...", wyśmiał sam siebie.
-Hej, Dipper!-Zawołała rudowłosa dziewczyna.
-Wendy!-Szatyn wyraźnie ucieszył się na widok piętnastolatki w której był zakochany na zabój.W jej towarzystwie zawsze oddychał szybciej, a serce waliło jak szalone.
Uśmiechnął się szeroko.
-Co tam, czemu cię wcześniej nie było?Bez ciebie wiało nudą, Młody!-Przybili sobie piątkę.
-Wszystko okay, tylko zaspałem.-Wyjaśnił szybko.
-Planujemy dziś wyskoczyć na miasto z ekipą, zabierasz się z nami?-Zaproponowała.
-Z tobą, znaczy z wami...zawsze!-Był lekko zakłopotany.
-Heh!To super!Powiadomię resztę!-Złapała telefon i zaczęła sms'ować.Po krótkiej chwili poczochrała kumpla po głowie.-Już!Wszyscy się cieszą, że idziesz z nami...no...Robbie tak średnio ale jest dobrze.Twoja sistra oczywiście też będzie!-Usiadła na blacie.
Oczy Pinesa powędrowały ku oknie.Miał wrażenie, że ktoś za nim stoi.
"Do zobaczenia wieczorem...Little Pine Tree", przeczytał niewyraźny napis na szybie.Przeszedł go lodowaty dreszcz.
"Nie, nie i jeszcze raz nie!To irracjonalne!", przeszło mu przez myśl...ale, czy w tym miasteczku wszystko takie nie jest?
***
Hej, Ludu! ^^"
Wiem, że opowiadanie jest kiepskie ale proszę o zrozumienie.To moje pierwsze.Mam nadzieję, że się wam spodobało.Postaram się dodawać rozdziały regularnie.Z góry przepraszam za wszystkie błędy.
Do następnego!
Bipper z wami!
Ten ziewnął przetarłszy oczy.Było już po drugiej w nocy, a on skulony pod kocem świecił latarką w stronę książki.Łagodnie mówiąc było to dość nietypowe zachowanie.
-Bro, Bro...-Usłyszał i wyrwał się spod kołdry by zerknąć na siostrę.Książka spadła na podłogę, huknęła w zderzeniu w drewnianą belką.Zgasił światło i podniósł ją.
-Tak Sister?-Spytał zaspanym głosem.
-...idź już spać...-Wysepleniła chowając twarz w poduszkę.
-Mhm...-Tylko tyle był w stanie wydusić, jego powieki opadły, a on oddał się całkowicie w objęcia Morfeusza.Obudził się w starym budynku którego ściany były wypłowiałe, wręcz szare...z resztą tak jak cała reszta.Szatyn był już w tym miejscu, raz i to nie swoim....lecz zapadło mu to głęboko w pamięci.Ale teraz...czemu akurat tej nocy się tutaj znalazł?W dreamscape...?
-Halo?!-Zawołał choć wiedział, że to nie możliwe by ktoś udzielił mu odpowiedzi.Mógł się jednak łudzić nadzieją, bo co innego mu pozostało?
Po kilku minutach daremnych poszukiwań pomocy postanowił odwiedzić własne wspomnienia.
Otworzył jedne z wielu par drzwi i zbladł.Ujrzał scenkę w której po raz pierwszy zobaczył Billa.Ohydny obraz bestii za pomocą telekinezy wyrywającej żywcem zęby łani.Piwnooki mimowolnie się wzdrygnął.
-Moim zdaniem to przekomiczne!-Znajomy głos zmroził mu krew w żyłach.Cofnął się o kilka kroków i wpadł na kogoś.Odwrócił się.Przed nim stał wysoki mężczyzna w eleganckim ubraniu składającym się z czarnych, obcisłych spodni, koszuli tego samego koloru oraz złotej marynarki.Nad jego głową lewitował mały cylinder, a szyję zdobiła muszka.Około dwudziestoparoletni blondyn poprawił opaskę spoczywającą na prawym oku i powoli zbliżał się do dzieciaka którego twarz wykrzywiona była w grymasie przerażenia.
Dream Daemon nie miał powodu do obaw, uśmiechając się niczym kot z Cheshire brnął na przód, powoli...nie chcąc stracić ani jednej, cennej sekundy obserwacji.Buty na męskim obcasie sprawiały, że było słychać każdy krok.
-T-t-to na prawdę ty?-Wyjąkał Dipper zdziwiony niecodziennym wyglądem swojego wroga.
-A kim innym mógłbym być, Little Pine Tree?-Złotooki był już na prawdę blisko.Jego obecność przyprawiała Pines'a o dreszcze.-Twoja mina jest bezcenna...-Dodał świdrując go wzrokiem.
-Czemu tu jesteś?!WYNOŚ SIĘ!-Warknął chłopiec.
-Jesteś taki nie uprzejmy!Przyszedłem tu w gości...Chcę tylko...-Dotknął dłonią policzka nastolatka.-spotkać się z tobą i porozmawiać.-Druga ręka blondyna spoczywała na lewej łopatce dwunastolatka który przełknął ślinę.Czy to są jego ostatnie sekundy?
-Co ty robisz?!-Pisnął jak mysz, co spowodowało wybuch śmiechu u Ciphera.
-Jesteś rozkoszny, Młody...twoja dusza jest tak niewinna...-Bill oblizał wargi.-Właśnie w tym celu się z tobą spotykam.-Mruknął mu do ucha i zjechał lewicą niżej wbijając w ciało wyrywającej się ofiary szpony.-Spokojnie, Sosna...-Jego głos wydawał się być nieludzki.
-Zostaw mnie!-Załkał Szatyn mrożąc oczy.
-Co jest?Bro, Bro!Obudź się!-Poczuł, że ktoś nim potrząsa.Jego powieki wystrzeliły w górę.Zobaczył nad sobą Mabel.
-Sister?!-Odruchowo przytulił bliźniaczkę, która uspokajająco poklepała go po plecach.
-Dippy!Twoje oczy są przekrwione!Płakałeś?Ten sen był, aż tak okropny?!-Zasypała go gradem pytań.
-Nie pamiętam...-Skłamał.Nie chciał nikomu o tym mówić, to przecież był tylko sen...raczej koszmar.
-Oh...Okay!-Dziewczyna lekko się zawiodła.Miała nadzieję na "zabawę w terapeutkę".
-Tak w ogóle jesteś już na nogach?Która godzina?-Zmienił temat jej brat.
-Nooo...jest już 9.00 am...-Wytłumaczyła.
-Co?Czemu mnie nie obudziłaś?!-Dwunastolatek złapał się za głowę.Był pewien, że Grunkle Stan go zabije!
-Próbowałam, ale się nie dało.-Westchnęła ciężko poprawiając błękitny sweter ze szczeniaczkiem.
-Um, dobrze.Przepraszam, że na ciebie nawrzeszczałem.-Uśmiechnął się łagodnie i poklepał siostrzyczkę po ramieniu.-Eh, powiedz Stankowi, że zaraz zejdę na dół.-Dodał szybko.Dziewczyna kiwnęła głową i podreptała do wuja.
Gdy został zam, młody Pines miał niemiłe wrażenie, że ktoś go obserwuje.Ubrał się i poszedł do toalety.Przeczesał włosy, po czym umył zęby.
*
Schodził po schodach starając się nie myśleć o przedziwnym koszmarze.Jego twarz zrobiła się lekko różowa na to wspomnienie.Dotknął policzka na którym wciąż czuł dłoń Billa, przez jego głowę przeleciała myśl, że to jednak nie był sen.
"Bzdura!To nie możliwe!Ta mara była jedynie kolejnym wytworem mojej chorej wyobraźni...", wyśmiał sam siebie.
-Hej, Dipper!-Zawołała rudowłosa dziewczyna.
-Wendy!-Szatyn wyraźnie ucieszył się na widok piętnastolatki w której był zakochany na zabój.W jej towarzystwie zawsze oddychał szybciej, a serce waliło jak szalone.
Uśmiechnął się szeroko.
-Co tam, czemu cię wcześniej nie było?Bez ciebie wiało nudą, Młody!-Przybili sobie piątkę.
-Wszystko okay, tylko zaspałem.-Wyjaśnił szybko.
-Planujemy dziś wyskoczyć na miasto z ekipą, zabierasz się z nami?-Zaproponowała.
-Z tobą, znaczy z wami...zawsze!-Był lekko zakłopotany.
-Heh!To super!Powiadomię resztę!-Złapała telefon i zaczęła sms'ować.Po krótkiej chwili poczochrała kumpla po głowie.-Już!Wszyscy się cieszą, że idziesz z nami...no...Robbie tak średnio ale jest dobrze.Twoja sistra oczywiście też będzie!-Usiadła na blacie.
Oczy Pinesa powędrowały ku oknie.Miał wrażenie, że ktoś za nim stoi.
"Do zobaczenia wieczorem...Little Pine Tree", przeczytał niewyraźny napis na szybie.Przeszedł go lodowaty dreszcz.
"Nie, nie i jeszcze raz nie!To irracjonalne!", przeszło mu przez myśl...ale, czy w tym miasteczku wszystko takie nie jest?
***
Hej, Ludu! ^^"
Wiem, że opowiadanie jest kiepskie ale proszę o zrozumienie.To moje pierwsze.Mam nadzieję, że się wam spodobało.Postaram się dodawać rozdziały regularnie.Z góry przepraszam za wszystkie błędy.
Do następnego!
Bipper z wami!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
