- Nie macie jak uciec, Cipher i wszyscy, którzy mieli bezpośrednią styczność z projektem zaginania czasu i przestrzeni zostaną aresztowani i wywiezieni do Nowej Generacji Więzienia Amsessae, gdzie przeprowadzi się na nich zabieg wyrywania pamięci, po którym dokonana zostanie egzekucja publiczna. - Demon spojrzał w stronę, z której dochodził głos, głos niezwykle piskliwy i irytujący.
Spośród żołnierzy wyłoniła się smukła kobieta, bez zbroi.
Była ubrana w dziwny sposób, prawie wszystko odsłaniający...jakby było co! Jej ciało pokrywały odłamki jakby...kryształu górskiego, wydawało się, że gdyby ktoś próbował ją dotknąć mógłby się nieźle pokaleczyć, miała złoto-fioletowe wyłupiaste oczy i długie do ziemi szmaragdowe włosy.
- Czekajcie, że co?! Egzekucja? Przecież ja próbowałem temu zapobiec! To on chciał wykorzystać portal! Rozumiecie? Dipper DOBRY, Bill ZŁY! - Zaczął panikować szatyn, nie mógł uwierzyć, że przez jednookiego to wszystko się skończy w ten sposób.
- Nie pomagasz młody, oni cię nie posłuchają...ta sztywniara to Amiherie Otosvyes, taki...mega prawnik...czyste zło. - Szepnął blondyn.
- Prymitywna ludzka istoto, jak śmiesz zwracać się do mnie takim tonem? Wiedziałam, że na tej planecie formy życia są nawet za głupie na niewolników, czy też barbarzyńców...ale teraz widzę, że nie dorastacie inteligencją robalom kopalnianym. - Parsknęła niezwykle irytującym śmiechem, Dip miał ochotą jej przywalić prosto w pysk.
Wycelowała w Dippera jednym ze swoich szponów i mruknęła coś pod nosem, on wydał z siebie nieludzki krzyk, poczuł jakby każdy skrawek jego ciała przeszywały rozżarzone ostrza.
- Wait! Wait Ami! - Krzyknął Dream Demon. - PRZESTAŃ! Nie można używać energii 7 stopnia do tortur na prymitywnych formach życia! To niepoprawne! Nawet ja tak nie robię! - Zaczął wrzeszczeć, ale ona go nie posłuchała, kontynuowała swoje zabawy (jakkolwiek nie miałoby to zabrzmieć)...Złotooki nie mógł nic zrobić, gdyby złapał Pines'a za rękę mógłby zostać ogłuszony, a wtedy nie ochroniłby ani jego, ani siebie...to byłoby jakby porażenie prądem, nie mógł, nie potrafił się przemóc...ale w takim tempie dwunastolatek by... - Proszę, przystań! - Z jego oka lały się łzy. - Ja oddam wam moje drugie oko...wiem, ze go chcecie...jeśli go zostawicie to ono będzie wasze, tak jak moje życie! - Po tych słowach wszyscy patrzyli na niego w osłupieniu, Dipper opadł na ziemię gdy kobieta zaprzestała znęcania się, nie mógł z siebie wydusić słowa, ale jego usta niemo wyszeptały "Nie!".
- Skoro tak to, Panowie, zakuć go w kajdany...! - Nakazała Otosvyes.
Bill uśmiechnął się chytrze i rzucił się na ciało chłopca, które ledwo utrzymywało w sobie jego duszę, przerzucił je przez ramię i z niesamowitą prędkością wskoczył do portalu.
- STAĆ! ZATRZYMAĆ GO! - Mała grupka wojowników wycelowała w niego swoje karabiny, nie zdążyli...ostatnim co po nim pozostało był odbijający się echem od ścian okrzyk "Niczego nie żałuję!".
- CIPHER! - Przywódca straży odwrócił się w stronę swojej "przełożonej". - To Pani wina! Gdyby nie Pani zabawy już dawno schwytalibyśmy tego zdeprawowanego opętańca! - Burknął.
- Strażniku, to istna niesubordynacja! Jesteś tylko wojownikiem, brak ci rozumu naukowca czy osoby obeznanej z prawem więc proszę o zaprzestanie tych... - ucięła zdanie - niezwykle irytujących uwag. - Odwróciła się do niego plecami. - A ja nie spocznę puki on żyje...
***
Dipper otworzył oczy, promienie słońca parzyły jego skórę, było niezwykle gorąco, ale dało się to znieść.
Ziewnął przeciągając się.
- Więc to był tylko sen? - Uśmiechnął się, ale po chwili zauważył, że nie jest w swoim pokoju tylko w jakimś zrujnowanym pomieszczeniu, było zbudowane z nieznanego materiału przypominającego kruszący się bursztyn, po podłodze porozrzucane były różnego typu urządzenia, a sama posadzka wydawała się być brudna jakby ktoś wylał na nią wiadro z błotem.
- O, Śpiąca Królewna w końcu się wybudziła! - Usłyszał znajomy głos, jednak nie był z tego zadowolony.
- Cipher, gdzie jes... - Nie dokończył pytania, gdyż ktoś już wlewał mu do gardła ciepły płyn.
Pines zakrztusił się.
- Pij... - Nakazał demon gdy ten przestał kaszleć, wepchnął mu do lewej dłoni kubek, no właśnie...lewej... - Musisz odzyskać siły...nie zdołałem uratować twojej prawej ręki... - Wskazał palcem na zabandażowany kikut odrobinę przesiąknięty krwią z ropą.
Piwnooki wciągnął głośno powietrze.
- Ale ja nie czuję bólu...jak to możliwe? - W jego oczach lśniły łzy.
- Lekarstwa przeciwbólowe z mojej ojczyzny... i Trochę mojej krwi...była potrzebna transplantacja, a nie było innego dawcy...Moja krew powinna cię zabić, ale jakimś cudem wytrwałeś...Może dlatego, że nie jesteś do końca człowiekiem? - Wzruszył ramionami.
Młodszy z rozmówców zacisnął zęby...to było straszne, ale lepsze od śmierci w Międzygalaktycznym więzieniu dla największych przestępców, zauważył, że innowymiarowiec nie ma na sobie złocistych, eleganckich ubrań tylko czarny, skórzany (tak przynajmniej wyglądał) płaszcz z kapturem i coś na wzór kimona...nosił ciężkie, żelazne buty, a zamiast opaski, jego oko było zabandażowane szarą, podartą szmatą.
- Gdzie jesteśmy? - Powtórzył pytanie Pines popijając bezsmakową, wrzącą ciecz o zapachu jęczmienia i kolorze denaturatu.
- W moim starym domu...a właściwie w ruinach...Portal przeniósł nas tutaj z mojego rozkazu, tu nikt się nie powinien zapuszczać...to zgliszcza.
- Oh... - Chłopiec zacisnął palce lewej dłoni na glinianopodobnym naczyniu, wpatrywał się w resztki napoju, widział odbicie swoich oczu, jedno z nich było czarno-złociste...- Czemu? Mogłeś uciec...a teraz masz mnie na karku, będę cie spowalniał i w dodatku musiałeś mi oddać swoją krew...i stwierdziłeś, że nie jestem do końca człowiekiem...Nie łapię, dlaczego? - Zamknął oczy i położył się z powrotem na miękkim materiale..to były chyba futra zwierząt, albo stare ubrania...
- Nie mógłbym...nie mógłbym zostawić potomka Alishy... - Odwrócił wzrok, teraz patrzył przez framugę okna na pomarańczowe niebo, na którym wisiały dwa słońca otoczone małymi gwiazdami, małymi z tej perspektywy. - A co do krwi, gdyby nie ona nie mógłbyś znieść stężenia cząsteczek duchowych, już ci o tym wspominałem, niestety zostały po tym skutki uboczne, spałeś dwa tygodnie, a zacząłeś się zmieniać kilka dni temu... - Zbliżył się do chłopaka i zaczął badać wzrokiem jego twarz, położył dłoń na jego podbródku, a drugą otworzył jego usta, widać było, że zęby są spiczaste, jak u demona. - No cóż...małe różnice...masz jedno demoniczne oko, kły i sczerniałe włosy...nic nadzwyczajnego...gdyby coś się nie udało to mógłbyś nawet pokryć się łuską. - Zaśmiał się, ale Dipowi nie było do śmiechu.
- Szczerzę cię nie znoszę... - Jęknął.
poniedziałek, 11 kwietnia 2016
sobota, 27 lutego 2016
Rozdział 9 - Historia Lubi Się Powtarzać (Finał, część 2 z 5)
Minęło już kilka godzin, Bill wciąż kręcił się po pokoju co chwilę spoglądając to na portal, to na rannego Dippera.
- Więc mówisz, że byłeś jako dziecko niewolnikiem...po czym zostałeś wykupiony przez bogatego lorda, który cię torturował za niewykonanie najdurniejszego polecenia...? - Chciał się upewnić młody Pines, przygryzając dolną wargę uderzał pięścią o swoją stłuczoną łydkę, mimo tego, że Bill mógł kłamać historia była tak fascynująca! - Gdybym tylko miał jakiś notes...powstałaby najbardziej ekscytująca biografia świata! - Stwierdził.
- Sądzisz, Kid? - Uniósł lewą brew złotowłosy.
- Jak najbardziej! A...co było potem? - Podniecenie chłopca rosło z każdą sekundą, niemal zapomniał o swoich problemach, to było tak...wspaniałe! Przypominało mu się dzieciństwo, gdy matka czytała mu i Mabel niesamowite historie o potworach, rycerzach, czarownikach...ale nie...jednak to było coś zupełnie innego! Wtedy wiedział, że to tylko bajki, a tą historię ktoś przeżył, prawie na pewno, na prawdę!
- Po wielu latach upokorzeń i pokornej służby, mojemu "Panu" zachciało się podróży na front, pragnął pozabijać wrogów narodu, skąpać się w ich cząsteczkach duchowych...ja zostałem w rezydencji z innymi niewolnikami i służbą, miałem wtedy okazję do ucieczki... - Przysiadł na chwilę na gruzie i westchnął.
- Udało ci się za pierwszym razem? - Szatyn wpatrywał się w demona jak w obrazek, obraz namalowany krwią dziewic i łzami sierot, Dipper aż miał ochotę go spytać, czy nie pożyczyć mu ołówka...bo taki właśnie był Bill, emanowała od niego nienawiść, cierpienie, furia i pogarda.
- Tak...za pierwszym razem...nikt nie przejąłby się przecież jednym z setek niewolników! - Zaśmiał się bez krzty radości. - Uciekłem do kryształowych lasów nieopodal stolicy mojego kraju...spędziłem w tej głuszy kilka dobrych miesięcy...w końcu napotkałem grupkę "ludzi", byli to rebelianci, jeden z nich złapał mnie za rękę i zaczął biec za resztą, wyrywałem się, dopiero po chwili zrozumiałem, że mnie uratował...nie zostawił mnie gdy akurat przejeżdżał tamtędy patrol...i tak przyłączyłem się do rebelii...byłem mały, najmłodszy z nich, szybki i zwinny, kradłem dla nich broń, pożywienie i materiały, do tego fachu pasowałem wręcz idealnie! - Zaczął wpatrywać się w swoją prawą rękę, pstrykał palcami ze znużeniem.
- Wow... - Wydusił piwnooki. - Nie wyglądasz mi jednak na rebelianta... - Skomentował z wrednym uśmieszkiem szykowny ubiór Dream Demona.
- Cicho tam... - Wystawił mu język mężczyzna i kontynuował opowieść. - Tak minęło, w przełożeniu na wasze, pięć kolejnych lat mojego życia...tamtego dnia kończyłem moją przysłowiową "siedemnastkę", moim prezentem było...obrabowanie największego magazynu z bronią w całej krainie! - W jego oku pojawił się blask wspomnień, złych wspomnień. - Ale...coś poszło nie tak...żołnierze to przewidzieli, wpadliśmy w zasadzkę, czworo naszych zostało zabitych na naszych oczach...i zanim spytasz - tak, miałem wtedy OCZY, to prawe straciłem później Pine Tree. - Wymruczał Cipher zirytowany pytającym spojrzeniem dzieciaka.
- A jak je...straciłeś? - Odwrócił wzrok szatyn, to było krępujące pytanie.
- Ja...do tego zmierzam. - Odrzekł. - Po tych wydarzeniach wpadłem w ciężką depresję, nie byłem w stanie nic z siebie wykrzesać, wtedy zaczęli ginąć inni z mojej grupy. Wziąłem się za siebie jednak straciłem dawną formę, nie miałem kondycji...zostałem złapany przez moich wrogów i... - Nie było mu dane dokończyć zdania.
- Bill Cipher! - Usłyszał od strony portalu, spojrzał tam i ujrzał...kilku żołnierzy, wielu przechodziło jeszcze przez portal, po chwili grupka była pięciokrotnie większa. Demon odskoczył jak poparzony.
- Skąd wy się tu...Skąd tu strażnicy uniwersów? - W jego oczach lśniło przerażenie, cofnął się jeszcze o kilka kroków, stał teraz po lewej stronie Dippera.
- Cipher? Kim oni są? - Wciągnął gwałtownie powietrze Dip gdy przez jego ciało przeszła fala bólu, złapał się za ranę na brzuchu, do której przylepił się boleśnie materiał koszulki, zaczęła się toczyć ropa zmieszana ze szkarłatną posoką.
- Ktoś kogo nie powinieneś był spotkać nigdy w swoim żałosnym ludzkim życiu...na prawdę masz pecha...Przy nich...ja jestem milusi jak owieczka...- Syknął o mało co nie dusząc się podczas wypowiedzi. - Ty coś o tym wiesz...co nie? - Zarechotał.
- Dupek...Dobra, wystraszyłem się...no proszę,
czyli jest coś straszniejszego niż niedoprawione dorito!- Zrobił dzióbek.
- Serio? W takiej chwili? - Skomentował demon napinając mięśnie pleców.
- A będę miał inną okazję...? - Odparował Pines marszcząc nos.
- Nie sądzę...więc jeśli masz mi coś do powiedzenia streszczaj się... - Zacisnął powiekę Bill gdy zauważył, że przywódca grupy żołnierzy celuje w niego bronią w milczeniu.
- Bill, znamy się od dawna i sądzę, że powinienem być szczery...ty jesteś dla mnie...skończony. Zniszczyłeś mi życie ty głupi Illuminacie! A miałem szansę iść na Harvard! - Pisnął Dipper powoli wstając mimo przeszywającego go bólu, oparł się o jakąś gumową rurę, z której wystawała plątanina kabli po czym kopnął zdezorientowanego demona w kostkę.
- Au! A to za co?! - Wrzasnął Bill, żołnierze patrzyli na tą scenkę, niektórzy z irytacją, inni z rozbawieniem, ich kapitan wydawał się być zniecierpliwiony, jakby czekał na koniec kłótni.
- Jeszcze pytasz za co?! To wszystko twoja wina! Bo nie mogłeś być dobry! Czemu nie?! Po co ci to wszystko! W twojej głowie rozjaśniał kiedyś pomysł "Zniszczę sobie życie jakiegoś dziecka i przy okazji jego świat, bo czemu nie" i bam! Mówisz masz! - Jego usta zwęziły się w cienką kreskę.
- Tak, dokładnie! Obmyśliłem to przy jedzeniu płatków! - Machał rękami złotooki spoglądając z wyrzutem w oczy Dippera.
- Nie chciałbym przerywać tej, jakże uroczej rozmowy panowie,
ale mam pewne zadanie. - Odchrząknął Strażnik odziany w srebrny kombinezon, maskę ochronną i kilka pasów z bronią, w prawej dłoni dzierżył błękitny fikuśny przyrząd wycelowany prosto w twarz Ciphera. - Zostało zgłoszone, że w tej lokalizacji PONOWNIE został uruchomiony portal między-wymiarowy z rąk Billa Mischiefa Ciphera poszukiwanego w czterech uniwersach za : sianie chaosu, propagandy, pranie umysłów, morderstwa i...królobójstwo. Niezła lista Bill. - Przyznał z powagą na twarzy ukrytej pod maską.
- Thanks, Old Friend. - Odrzekł z udawanym szacunkiem odwracając się w stronę strażników.
- Ty mi tu nie "friendój" ścierwo, miałeś zakaz opuszczania wymiaru więziennego, jednak zrobiłeś to ponownie.
- Zostałem tu przywołany, miałem zgodną z prawem transakcję, w czym macie więc problem...waż rząd nie powinien przejmować się polityką wrogich państw...? - Spytał uszczypliwie, Dipper skojarzył go z prawnikami, których można zobaczyć w TV, posługujących się zwięzłą mową, znających najdrobniejszy druczek w kodeksie i posiadających ciętą ripostę na każdą okazję.
- Nie dostałeś zezwolenia na otworzenie tego portalu. - Rozwiązał stworzoną przez Billa pętlę w sekundzie żołnierz.
- Ach tak...Jest jeden problem, nie ja uaktywniłem ten portal. - Zmroził rozmówcę wzrokiem, jego tęczówka była teraz całkowicie czerwona, a twarz zaróżowiła się, tracił cierpliwość. - Zrobił to niejaki Stan Pines.
- Za twoim pośrednictwem, poza tym wyczuliśmy twoje cząsteczki duchowe, nie da się przegapić takiego smrodu. - Dipper mógłby przysiąc, że przeciwnik Billa uśmiechał się pogardliwie pod maską, zdradzał to ton jego głębokiego głosu.
- Ach tak? Wybacz mi to niedopatrzenie, następnym razem zatuszuję moją "zbrodnię" lepiej Psie Gończy. - Warknął Cipher, szatyn nie śmiał się odezwać, jednak wszystko w nim wrzeszczało by to powiedział.
- Cholera, no to już po nas...
- Więc mówisz, że byłeś jako dziecko niewolnikiem...po czym zostałeś wykupiony przez bogatego lorda, który cię torturował za niewykonanie najdurniejszego polecenia...? - Chciał się upewnić młody Pines, przygryzając dolną wargę uderzał pięścią o swoją stłuczoną łydkę, mimo tego, że Bill mógł kłamać historia była tak fascynująca! - Gdybym tylko miał jakiś notes...powstałaby najbardziej ekscytująca biografia świata! - Stwierdził.
- Sądzisz, Kid? - Uniósł lewą brew złotowłosy.
- Jak najbardziej! A...co było potem? - Podniecenie chłopca rosło z każdą sekundą, niemal zapomniał o swoich problemach, to było tak...wspaniałe! Przypominało mu się dzieciństwo, gdy matka czytała mu i Mabel niesamowite historie o potworach, rycerzach, czarownikach...ale nie...jednak to było coś zupełnie innego! Wtedy wiedział, że to tylko bajki, a tą historię ktoś przeżył, prawie na pewno, na prawdę!
- Po wielu latach upokorzeń i pokornej służby, mojemu "Panu" zachciało się podróży na front, pragnął pozabijać wrogów narodu, skąpać się w ich cząsteczkach duchowych...ja zostałem w rezydencji z innymi niewolnikami i służbą, miałem wtedy okazję do ucieczki... - Przysiadł na chwilę na gruzie i westchnął.
- Udało ci się za pierwszym razem? - Szatyn wpatrywał się w demona jak w obrazek, obraz namalowany krwią dziewic i łzami sierot, Dipper aż miał ochotę go spytać, czy nie pożyczyć mu ołówka...bo taki właśnie był Bill, emanowała od niego nienawiść, cierpienie, furia i pogarda.
- Tak...za pierwszym razem...nikt nie przejąłby się przecież jednym z setek niewolników! - Zaśmiał się bez krzty radości. - Uciekłem do kryształowych lasów nieopodal stolicy mojego kraju...spędziłem w tej głuszy kilka dobrych miesięcy...w końcu napotkałem grupkę "ludzi", byli to rebelianci, jeden z nich złapał mnie za rękę i zaczął biec za resztą, wyrywałem się, dopiero po chwili zrozumiałem, że mnie uratował...nie zostawił mnie gdy akurat przejeżdżał tamtędy patrol...i tak przyłączyłem się do rebelii...byłem mały, najmłodszy z nich, szybki i zwinny, kradłem dla nich broń, pożywienie i materiały, do tego fachu pasowałem wręcz idealnie! - Zaczął wpatrywać się w swoją prawą rękę, pstrykał palcami ze znużeniem.
- Wow... - Wydusił piwnooki. - Nie wyglądasz mi jednak na rebelianta... - Skomentował z wrednym uśmieszkiem szykowny ubiór Dream Demona.
- Cicho tam... - Wystawił mu język mężczyzna i kontynuował opowieść. - Tak minęło, w przełożeniu na wasze, pięć kolejnych lat mojego życia...tamtego dnia kończyłem moją przysłowiową "siedemnastkę", moim prezentem było...obrabowanie największego magazynu z bronią w całej krainie! - W jego oku pojawił się blask wspomnień, złych wspomnień. - Ale...coś poszło nie tak...żołnierze to przewidzieli, wpadliśmy w zasadzkę, czworo naszych zostało zabitych na naszych oczach...i zanim spytasz - tak, miałem wtedy OCZY, to prawe straciłem później Pine Tree. - Wymruczał Cipher zirytowany pytającym spojrzeniem dzieciaka.
- A jak je...straciłeś? - Odwrócił wzrok szatyn, to było krępujące pytanie.
- Ja...do tego zmierzam. - Odrzekł. - Po tych wydarzeniach wpadłem w ciężką depresję, nie byłem w stanie nic z siebie wykrzesać, wtedy zaczęli ginąć inni z mojej grupy. Wziąłem się za siebie jednak straciłem dawną formę, nie miałem kondycji...zostałem złapany przez moich wrogów i... - Nie było mu dane dokończyć zdania.
- Bill Cipher! - Usłyszał od strony portalu, spojrzał tam i ujrzał...kilku żołnierzy, wielu przechodziło jeszcze przez portal, po chwili grupka była pięciokrotnie większa. Demon odskoczył jak poparzony.
- Skąd wy się tu...Skąd tu strażnicy uniwersów? - W jego oczach lśniło przerażenie, cofnął się jeszcze o kilka kroków, stał teraz po lewej stronie Dippera.
- Cipher? Kim oni są? - Wciągnął gwałtownie powietrze Dip gdy przez jego ciało przeszła fala bólu, złapał się za ranę na brzuchu, do której przylepił się boleśnie materiał koszulki, zaczęła się toczyć ropa zmieszana ze szkarłatną posoką.
- Ktoś kogo nie powinieneś był spotkać nigdy w swoim żałosnym ludzkim życiu...na prawdę masz pecha...Przy nich...ja jestem milusi jak owieczka...- Syknął o mało co nie dusząc się podczas wypowiedzi. - Ty coś o tym wiesz...co nie? - Zarechotał.
- Dupek...Dobra, wystraszyłem się...no proszę,
czyli jest coś straszniejszego niż niedoprawione dorito!- Zrobił dzióbek.
- Serio? W takiej chwili? - Skomentował demon napinając mięśnie pleców.
- A będę miał inną okazję...? - Odparował Pines marszcząc nos.
- Nie sądzę...więc jeśli masz mi coś do powiedzenia streszczaj się... - Zacisnął powiekę Bill gdy zauważył, że przywódca grupy żołnierzy celuje w niego bronią w milczeniu.
- Bill, znamy się od dawna i sądzę, że powinienem być szczery...ty jesteś dla mnie...skończony. Zniszczyłeś mi życie ty głupi Illuminacie! A miałem szansę iść na Harvard! - Pisnął Dipper powoli wstając mimo przeszywającego go bólu, oparł się o jakąś gumową rurę, z której wystawała plątanina kabli po czym kopnął zdezorientowanego demona w kostkę.
- Au! A to za co?! - Wrzasnął Bill, żołnierze patrzyli na tą scenkę, niektórzy z irytacją, inni z rozbawieniem, ich kapitan wydawał się być zniecierpliwiony, jakby czekał na koniec kłótni.
- Jeszcze pytasz za co?! To wszystko twoja wina! Bo nie mogłeś być dobry! Czemu nie?! Po co ci to wszystko! W twojej głowie rozjaśniał kiedyś pomysł "Zniszczę sobie życie jakiegoś dziecka i przy okazji jego świat, bo czemu nie" i bam! Mówisz masz! - Jego usta zwęziły się w cienką kreskę.
- Tak, dokładnie! Obmyśliłem to przy jedzeniu płatków! - Machał rękami złotooki spoglądając z wyrzutem w oczy Dippera.
- Nie chciałbym przerywać tej, jakże uroczej rozmowy panowie,
ale mam pewne zadanie. - Odchrząknął Strażnik odziany w srebrny kombinezon, maskę ochronną i kilka pasów z bronią, w prawej dłoni dzierżył błękitny fikuśny przyrząd wycelowany prosto w twarz Ciphera. - Zostało zgłoszone, że w tej lokalizacji PONOWNIE został uruchomiony portal między-wymiarowy z rąk Billa Mischiefa Ciphera poszukiwanego w czterech uniwersach za : sianie chaosu, propagandy, pranie umysłów, morderstwa i...królobójstwo. Niezła lista Bill. - Przyznał z powagą na twarzy ukrytej pod maską.
- Thanks, Old Friend. - Odrzekł z udawanym szacunkiem odwracając się w stronę strażników.
- Ty mi tu nie "friendój" ścierwo, miałeś zakaz opuszczania wymiaru więziennego, jednak zrobiłeś to ponownie.
- Zostałem tu przywołany, miałem zgodną z prawem transakcję, w czym macie więc problem...waż rząd nie powinien przejmować się polityką wrogich państw...? - Spytał uszczypliwie, Dipper skojarzył go z prawnikami, których można zobaczyć w TV, posługujących się zwięzłą mową, znających najdrobniejszy druczek w kodeksie i posiadających ciętą ripostę na każdą okazję.
- Nie dostałeś zezwolenia na otworzenie tego portalu. - Rozwiązał stworzoną przez Billa pętlę w sekundzie żołnierz.
- Ach tak...Jest jeden problem, nie ja uaktywniłem ten portal. - Zmroził rozmówcę wzrokiem, jego tęczówka była teraz całkowicie czerwona, a twarz zaróżowiła się, tracił cierpliwość. - Zrobił to niejaki Stan Pines.
- Za twoim pośrednictwem, poza tym wyczuliśmy twoje cząsteczki duchowe, nie da się przegapić takiego smrodu. - Dipper mógłby przysiąc, że przeciwnik Billa uśmiechał się pogardliwie pod maską, zdradzał to ton jego głębokiego głosu.
- Ach tak? Wybacz mi to niedopatrzenie, następnym razem zatuszuję moją "zbrodnię" lepiej Psie Gończy. - Warknął Cipher, szatyn nie śmiał się odezwać, jednak wszystko w nim wrzeszczało by to powiedział.
- Cholera, no to już po nas...
poniedziałek, 8 lutego 2016
Rozdział 8 - Historia Lubi Się Powtarzać (Finał, część 1 z 5)
- Będziesz pierwszą i ostatnią osobą jakiej dane było poznać moją historię... - Jego oczy płonęły barwą płynnego złota.
- Niczego bardziej nie pragnę... - Odrzekł sucho chłopiec po czym jęknął boleśnie.
- Więc słuchaj...na sam początek nazwa "demon" jest niepoprawna, pochodzę z innego wymiaru, a nie ludzkiego piekła, które z grubsza nie istnieje.
- Więc czym jesteś? - Skrzywił się szatyn, z jego ust ciekła stróżka ciemnej krwi.
- Zaraz do tego dojdę, o ile nie będziesz przerywał, mamy nie wiele czasu zważywszy na twój stan i na to, że mój plan wypełni się za kilka minut, a wtedy już nie będę mógł nic ci powiedzieć... - Syknął jak wściekły kot.
- Ok, ok...kontynuuj. - Poddał się w końcu dwunastolatek.
- Tak więc...pochodzę z wymiaru na granicy twojego świata i świata dwuwymiarowego, w układzie, w którym się "narodziłem", o ile można to tak nazwać, było 18 planet, większość żyła ze sobą w zgodzie, ale to inna historia. Planeta, z której ja pochodzę była najstarsza, największa i nazywała się Weriospen co oznacza w moim języku "Klejnot Koronny"...panowała w niej dosyć burzliwa atmosfera, co chwilę wybuchały nowe wojny domowe...podczas trwania jednej z nich ja i mój starszy brat zwany na Ziemi Willem straciliśmy rodziców...zostali zabici razem z innymi dorosłymi z naszej wsi przez żołnierzy...wtedy dużo dzieci wylądowało na ulicach, wielu zginęło...jednakże Will był dzielny, walczył o każdą cząstkę duchową...
- Cząstkę duchową? - Powtórzył z niedowierzaniem zafascynowany opowieścią Pines. Nie zwracał uwagi na ból, może Bill był złem wcielonym, ale mimo tego tak cudownie opowiadał!
- Uh! Tak...zapomniałem ci wyjaśnić, atmosfera mojego wymiaru przepełniona jest cząstkami duchowymi martwych istot, one służą nam za tlen i za pożywienie..."Walczył o każdą cząstkę duchową" może uchodzić za odpowiednik wyrażenia "walczył o każdy kęs jedzenia"...ale to mało ważne! Streszczajmy się...
- Dałbym teraz wszystko za dziennik... - Szepnął sam do siebie piwnooki, za co "demon" wysłał mu karcące spojrzenie, chłopiec skulił się.
- Jak zawsze musieliśmy uciekać przed żołnierzami, łupieżcami, rebelią i rządem...wszyscy chcieliby się nas pozbyć, byliśmy zawadzającymi dzieciakami, które nadają się co najwyżej do mycia podłogi w pałacykach Lordów miast...jednak pewnego dnia coś się wydarzyło...dziewczyna, która podróżowała z nami, w której Will był zakochany zachorowała...zmarła na jego rękach, nikt nie chciał pomóc...on został przy jej ciele, siedział tak dniami i nocami patrząc jak jej ciało gnije, rozkłada się na zakażone cząsteczki duchowe, w końcu powiedziałem mu, że tak nie można, że musimy iść dalej i ja zostawić...on nawrzeszczał na mnie i kazał odejść...od tamtego czasu widziałem go tylko raz z tysiąc lat temu...to całkiem niedawno...zmienił się z silnego mężczyzny w płaczliwą cio...eh...zapomniałem, że rozmawiam z dzieckiem... - Zaśmiał się oschle. - Nie ważne...
- Nie ważne, nie ważne, nie ważne...który raz już to powtórzyłeś? - Zadrwił Dip.
- Racja, co chwilę coś mi przerywa...to pewnie ten karaluch chowający się pod belką, sądzę...że jeśli jeszcze raz mnie zdenerwuje to go zgniotę...
- Nie zapominaj, że karaluchy mogą przeżyć tydzień bez głowy...zwykłe zgniecenie nic nie da...
- Niezła riposta, ale bez ani kawałka ciała nawet karaczan nie ma szans na przeżycie... - Zmrużył oko Cipher.
Szatyn przełknął ślinę.
- Touche Bill, Touche...AJ! - Wrzasnął nagle.
- Cholera! - Blondyn poderwał się i skierował wzrok na belkę, osunęła się jeszcze bardziej zgniatając dwunastolatka.
Cipher niewiele myśląc użył telekinezy i odrzucił kawał drewna na bok.
Pines zaczął szybciej oddychać.
- Uspokój się Pine Tree! Bo jeszcze się z hiper-wentylujesz! - Warknął Dream Demon dotykając brudnej i głębokiej rany na klatce piersiowej dzieciaka.
- Nie...ekhe-ekhe...nazywaj mnie tak! - Zakaszlał.
- Ok, ok...ale uspokój się! Nie po to się przed tobą zwierzałem byś zginął w najmniej ważnym momencie mojego przemówienia!
- Zamknij się idioto, ja nigdzie nie idę, mam zamiar jeszcze trochę pożyć...w końcu ktoś musi spisać to wszystko...ktoś musi kontynuować badania w Gravity Falls, a kto jak nie ja? Te czuby z rządu, które kręcą się gdzieś na górze nie potrafiąc znaleźć przejścia? - Zaśmiał się, jego głos był ochrypły...
- Ale ty nie... - W tym momencie Pines podniósł się nieznacznie i złapał demona za kołnierz przyciągając do siebie, ich nosy prawie się stykały, na twarzy chłopca widniała powaga i...groza, był to przerażający widok.
- POWIEDZIAŁEM, ŻE NIGDZIE NIE IDĘ CIPHER! ROZUMIESZ TO? - Odepchnął go po chwili z takim impetem, ze ten upadł.
- Rozumiem co musisz czuć dzieciaku...jak nikt...
- Niczego bardziej nie pragnę... - Odrzekł sucho chłopiec po czym jęknął boleśnie.
- Więc słuchaj...na sam początek nazwa "demon" jest niepoprawna, pochodzę z innego wymiaru, a nie ludzkiego piekła, które z grubsza nie istnieje.
- Więc czym jesteś? - Skrzywił się szatyn, z jego ust ciekła stróżka ciemnej krwi.
- Zaraz do tego dojdę, o ile nie będziesz przerywał, mamy nie wiele czasu zważywszy na twój stan i na to, że mój plan wypełni się za kilka minut, a wtedy już nie będę mógł nic ci powiedzieć... - Syknął jak wściekły kot.
- Ok, ok...kontynuuj. - Poddał się w końcu dwunastolatek.
- Tak więc...pochodzę z wymiaru na granicy twojego świata i świata dwuwymiarowego, w układzie, w którym się "narodziłem", o ile można to tak nazwać, było 18 planet, większość żyła ze sobą w zgodzie, ale to inna historia. Planeta, z której ja pochodzę była najstarsza, największa i nazywała się Weriospen co oznacza w moim języku "Klejnot Koronny"...panowała w niej dosyć burzliwa atmosfera, co chwilę wybuchały nowe wojny domowe...podczas trwania jednej z nich ja i mój starszy brat zwany na Ziemi Willem straciliśmy rodziców...zostali zabici razem z innymi dorosłymi z naszej wsi przez żołnierzy...wtedy dużo dzieci wylądowało na ulicach, wielu zginęło...jednakże Will był dzielny, walczył o każdą cząstkę duchową...
- Cząstkę duchową? - Powtórzył z niedowierzaniem zafascynowany opowieścią Pines. Nie zwracał uwagi na ból, może Bill był złem wcielonym, ale mimo tego tak cudownie opowiadał!
- Uh! Tak...zapomniałem ci wyjaśnić, atmosfera mojego wymiaru przepełniona jest cząstkami duchowymi martwych istot, one służą nam za tlen i za pożywienie..."Walczył o każdą cząstkę duchową" może uchodzić za odpowiednik wyrażenia "walczył o każdy kęs jedzenia"...ale to mało ważne! Streszczajmy się...
- Dałbym teraz wszystko za dziennik... - Szepnął sam do siebie piwnooki, za co "demon" wysłał mu karcące spojrzenie, chłopiec skulił się.
- Jak zawsze musieliśmy uciekać przed żołnierzami, łupieżcami, rebelią i rządem...wszyscy chcieliby się nas pozbyć, byliśmy zawadzającymi dzieciakami, które nadają się co najwyżej do mycia podłogi w pałacykach Lordów miast...jednak pewnego dnia coś się wydarzyło...dziewczyna, która podróżowała z nami, w której Will był zakochany zachorowała...zmarła na jego rękach, nikt nie chciał pomóc...on został przy jej ciele, siedział tak dniami i nocami patrząc jak jej ciało gnije, rozkłada się na zakażone cząsteczki duchowe, w końcu powiedziałem mu, że tak nie można, że musimy iść dalej i ja zostawić...on nawrzeszczał na mnie i kazał odejść...od tamtego czasu widziałem go tylko raz z tysiąc lat temu...to całkiem niedawno...zmienił się z silnego mężczyzny w płaczliwą cio...eh...zapomniałem, że rozmawiam z dzieckiem... - Zaśmiał się oschle. - Nie ważne...
- Nie ważne, nie ważne, nie ważne...który raz już to powtórzyłeś? - Zadrwił Dip.
- Racja, co chwilę coś mi przerywa...to pewnie ten karaluch chowający się pod belką, sądzę...że jeśli jeszcze raz mnie zdenerwuje to go zgniotę...
- Nie zapominaj, że karaluchy mogą przeżyć tydzień bez głowy...zwykłe zgniecenie nic nie da...
- Niezła riposta, ale bez ani kawałka ciała nawet karaczan nie ma szans na przeżycie... - Zmrużył oko Cipher.
Szatyn przełknął ślinę.
- Touche Bill, Touche...AJ! - Wrzasnął nagle.
- Cholera! - Blondyn poderwał się i skierował wzrok na belkę, osunęła się jeszcze bardziej zgniatając dwunastolatka.
Cipher niewiele myśląc użył telekinezy i odrzucił kawał drewna na bok.
Pines zaczął szybciej oddychać.
- Uspokój się Pine Tree! Bo jeszcze się z hiper-wentylujesz! - Warknął Dream Demon dotykając brudnej i głębokiej rany na klatce piersiowej dzieciaka.
- Nie...ekhe-ekhe...nazywaj mnie tak! - Zakaszlał.
- Ok, ok...ale uspokój się! Nie po to się przed tobą zwierzałem byś zginął w najmniej ważnym momencie mojego przemówienia!
- Zamknij się idioto, ja nigdzie nie idę, mam zamiar jeszcze trochę pożyć...w końcu ktoś musi spisać to wszystko...ktoś musi kontynuować badania w Gravity Falls, a kto jak nie ja? Te czuby z rządu, które kręcą się gdzieś na górze nie potrafiąc znaleźć przejścia? - Zaśmiał się, jego głos był ochrypły...
- Ale ty nie... - W tym momencie Pines podniósł się nieznacznie i złapał demona za kołnierz przyciągając do siebie, ich nosy prawie się stykały, na twarzy chłopca widniała powaga i...groza, był to przerażający widok.
- POWIEDZIAŁEM, ŻE NIGDZIE NIE IDĘ CIPHER! ROZUMIESZ TO? - Odepchnął go po chwili z takim impetem, ze ten upadł.
- Rozumiem co musisz czuć dzieciaku...jak nikt...
środa, 23 grudnia 2015
TROOOOOOLLLLLLLLL!
Tamten rozdział ( John Cena ) To był trolling moi mili! Wierzyliście, że to na serio?! O bosh.... XD Będzie 2 WERSJA tego rozdzialiku, a na razie zwijajcie się z nie-śmiechu nad tamtym (nie)komicznym rozdziałem!
sobota, 28 listopada 2015
Zapowiedź
Heja, tu wasza autorka...jak mi nie wierzycie zróbcie testy DNA XD.
Tak serio. NOWY ROZDZIAŁ NIEDŁUGO! Kiedy dokładniej? Przed Wigilią. Może trochę później...hahaha...nabraliście się! Będzie na 100% przez Świętami. Ciesz się zacny ludzie.
~Billacz
Tak serio. NOWY ROZDZIAŁ NIEDŁUGO! Kiedy dokładniej? Przed Wigilią. Może trochę później...hahaha...nabraliście się! Będzie na 100% przez Świętami. Ciesz się zacny ludzie.
~Billacz
sobota, 21 listopada 2015
End...
Gravity Falls się kończy...po ostatnich 2 odcinkach, które już niedługo zostaną nam ujawnione będzie wielki END. Forever... Zapalmy znicze!
[*]
[*]
czwartek, 30 lipca 2015
Rozdział 7 - Umowa?
"Dawniej istniała jedynie ciemność, bez kształtu...bez emocji.Lecz czas wszystko zmienia, lata kształtowania tej nicości przemieniły ją w wszechobecną energię, moc tworzenia.W przeciągu następnych tysięcy, a nawet milionów lat stworzyła ona wszechświat, a na jego czele postawiła Słońce, zwane inaczej niebem, to właśnie ono stało się klejnotem koronnym istnienia.", czytał Dipper.
-Same bzdury.-Zimny dreszcz przebiegł wzdłuż kręgosłupa chłopca gdy zorientował się, że ktoś zagląda mu przez ramie.Odwrócił wzrok.
-Tak, Grunkle Stanku?-Zaśmiał się nerwowo, czuł, że ma przechlapane.
-Powinieneś brać się do roboty, zamiast czytania tych dennych książeczek, w których nie zapisano słowa prawdy.-Stwierdził poprawiając okulary.Dzieciak westchnął i zamknął tomiszcze.
-Wujku?Czy gdybyś chciał coś zdobyć, tak...bardzo, to czy, no, sam nie wiem...zawarłbyś pakt?-Przełknął gulę która powstała w jego gardle.
-Nigdy.Wolałbym sam poszukać odpowiedzi, nie ważne jak trudne byłyby poszukiwania, niżeli zdobyć ją łatwo, a za wielką cenę.-Odparł jakby od niechcenia.
-Och...to świetnie!-Uśmiechnął się sztucznie dwunastolatek.
-Więc powiedz mi, co zaproponował ci ten jednooki wymoczek?-Szatyn skrzywił się, Stan był zbyt bystry.
-Nic, po prostu pytam.-Nie potrafił kłamać lecz próbował.
-Nie jesteś ze mną szczery, a może to ty chcesz go wezwać?-Zmarszczył brwi, a kilka jego siwych włosów opadło mu na nos.po chwili roześmiał się i poczochrał bratanka po głowie.-Że też mi odbija na starość!Nie jesteś aż tak głupi by się zgodzić na układy z nim!Prawda...?Tak czy inaczej, ufam ci, Dzieciaku i mam nadzieję, że nie popełnisz błędu.-Chłopak mógł odetchnąć z ulgą, koniec końców wiedział, że pakt z Billem był ostatecznością ...bo gdy raz się go zawrze - nie ucieknie się od niego, jego złamanie ma cenę, a tą cena jest życie.
Tego dnia chata była wyjątkowo zatłoczona, Wendy, Dipper i Mabel ledwo wyrabiali się z robotą, jednak Stanford był zadowolony z biegu wydarzeń.Gdy zamykali zaczął liczyć pieniądze, postanowił wynagrodzić bratanką ciężką pracę, zabierając ich na kolację do Lazy Susan, ruda zabrała się z nimi.
Naleśniki z syropem klonowym były jak zwykle pyszne, bliźniaki, Wandy i Wuj zajadali między rozmowami.Rudowłosa przyznała, że wepchnęła jakiemuś naiwniakowi swoje stare skarpetki, wmawiając mu, że to dar od "Skarpetkowego Skrzata", wszyscy wybuchli śmiechem.
-...a on wtedy wytrzeszczył gały tak mocno!Myślałam, że zaraz wylecą mu z orbit!-Dławiła się kęsami jedzenia.
-Jak on mógł w to uwierzyć?Naiwniak!-Zarechotał sześćdziesięciolatek, a Mabel i Dipper mu zawtórowali.Dziewczyna odziana w różowy sweter z pomarańczowymi elementami i wzorkami pod pretekstem, "przypudrowania noska" popędziła do toalety.
Weszła do małego pomieszczenia w którym mieściły się trzy kabiny, umywalka i ogromne lustro.Spojrzała w swoje odbicie, za nią znajdowała się środkowa kabinka, jej drzwi otworzyły się na oścież.W środku, , na zamkniętej klapie siedział nie kto inny jak...Bill.Dziewczyna zrobiła pół piruet w miejscu by spojrzeć mu w twarz.
-Co ty tu robisz pajacu?!-Chciała rzucić mu się na szyje.
-Shooting Star!Jak zwykle urocza!-Zaśmiał się perliście.Zwykle misternie ułożone włosy, teraz opadały na jego twarz, co dodawało mu "zwierzęcego uroku". Złote oko zabłyszczało przez sekundę błękitem.Demon wstał i podszedł do zdenerwowanej małolaty.Gdy zbliżył swoją dłoń do jej policzka ta odepchnęła ją i kopnęła go w krocze.Mężczyzna jęknął cicho i upadł na kolana by dostać od niej z liścia w twarz.
-Nie ładnie, My Pet.-Podkreślił ostatni wyraz.
-"Pet"?Wolne żarty!-Zadrwiła.Zauważyła, że jej przeciwnik stał się czerwony, jego ślepie, teraz promieniste, wyrażało furię.Toaleta zapłonęła niebieskim ogniem.Szatynka pisnęła tylko gdy zobaczyła, że drzwi zniknęły.Wszystko zadrżało, Mab zacisnęła powieki, gdy otworzyła oczy znajdowała się w...francuskiej restauracji na wieży Eiffla, siedziała przy stoliku na przeciw złotowłosego.
-Zabrałeś mnie do...Mindscape'u?-Syknęła.
-Owszem, chciałem z tobą spokojnie porozmawiać.-Wytłumaczył.
-Czy ty zdajesz sobie sprawę, z tego jak bardzo cię nienawidzę?-Uśmiechnęła się ze wstrętem.
-Ranisz mnie, mógłbym ci przecież dać wszystko czego zapragniesz!-Udał, że zabolały go jej słowa.
-Za cenę duszy, ciała, a może śmierci moich najbliższych?-Zaśmiała się zirytowana.
-To tylko szczegóły!Pomyśl...mogłabyś być czczona, ubóstwiana, kochana...i adorowana.-Zamruczał.
-Wo, wo, wo!Czekaj!Po pierwsze - jesteś dla mnie za stary o jakieś kilka miliardów lat, po drugie...powaliło cię?!Jesteśmy wrogami!Przeliterować ci to, a może wyjaśnić znaczenie?-Warknęła.
-Nie przeceniaj się, Pet.Nie chodziło mi o mnie.Nie zdajesz sobie sprawy jak prosta jest manipulacja...?Mermando, tak?-Wspomniał o dawnej miłości szatynki, syrenie, któremu pomogła wrócić do morza.Wiedział, że gdy wypowie to imię, ona zmięknie.Nie mylił się, dwunastolatka zaniosła się płaczem.
-Dobrze wiesz, że on ma zonę!-Wydusiła, a ten objął ją i poklepał pocieszająco po plecach.-I kocha ją...-Dodała by nie było wątpliwości.
-To da się zmienić, potrzebuję jedynie kropli twojej drogocennej krwi, daj mi ją, a spełni się twój najskrytszy sen...on będzie miłował ciebie, a nie ją...-Kusił załamaną nastolatkę.
-N-na prawdę?-Wydukała przez zapchany nos.
-Tak...czy ja bym cię okłamał?Takie biedne, niewinne dziecko?-Miał ochotę się zaśmiać gdy to mówił.-To stanie się pojutrze...będziesz wiedziała o jakiej godzinie i w jakim miejscu.Tam udzielisz mi ostatecznej odpowiedzi Shooting Star.-I zniknął, tak samo szybko jak się pojawił.Mabel otrząsnęła się, znów była w zwyczajnej łazience...wróciła do reszty, musiała to wszystko jeszcze raz przemyśleć...
***
W koszmarach Dippera także pojawił się Dream Daemon.Zaproponował chłopcu odpowiedzi na pytania względem autora dziennika i mitycznych stworów zamieszkujących te ziemię.
-A wiec jednak nie powiedziałeś mi prawdy, tam w piwnicy.-Domyślił się chłopak z ponurym uśmieszkiem na twarzy.-Byłem taki głupi...
-Myślałeś, że udzieliłbym komuś tak istotnych informacji za darmo?Nie rozśmieszaj mnie!Pojutrze.Będziesz wiedział gdzie i kiedy.Nie spóźnij się, Little Pine Tree.Zbyt wiele od tego zależy.-W tej samej chwili sen dwunastolatka został przerwany przez jego własny krzyk.
-Zobaczymy Cipher.-Szepnął.Teraz był pewien, że ufanie temu potworowi to największy błąd...
-Same bzdury.-Zimny dreszcz przebiegł wzdłuż kręgosłupa chłopca gdy zorientował się, że ktoś zagląda mu przez ramie.Odwrócił wzrok.
-Tak, Grunkle Stanku?-Zaśmiał się nerwowo, czuł, że ma przechlapane.
-Powinieneś brać się do roboty, zamiast czytania tych dennych książeczek, w których nie zapisano słowa prawdy.-Stwierdził poprawiając okulary.Dzieciak westchnął i zamknął tomiszcze.
-Wujku?Czy gdybyś chciał coś zdobyć, tak...bardzo, to czy, no, sam nie wiem...zawarłbyś pakt?-Przełknął gulę która powstała w jego gardle.
-Nigdy.Wolałbym sam poszukać odpowiedzi, nie ważne jak trudne byłyby poszukiwania, niżeli zdobyć ją łatwo, a za wielką cenę.-Odparł jakby od niechcenia.
-Och...to świetnie!-Uśmiechnął się sztucznie dwunastolatek.
-Więc powiedz mi, co zaproponował ci ten jednooki wymoczek?-Szatyn skrzywił się, Stan był zbyt bystry.
-Nic, po prostu pytam.-Nie potrafił kłamać lecz próbował.
-Nie jesteś ze mną szczery, a może to ty chcesz go wezwać?-Zmarszczył brwi, a kilka jego siwych włosów opadło mu na nos.po chwili roześmiał się i poczochrał bratanka po głowie.-Że też mi odbija na starość!Nie jesteś aż tak głupi by się zgodzić na układy z nim!Prawda...?Tak czy inaczej, ufam ci, Dzieciaku i mam nadzieję, że nie popełnisz błędu.-Chłopak mógł odetchnąć z ulgą, koniec końców wiedział, że pakt z Billem był ostatecznością ...bo gdy raz się go zawrze - nie ucieknie się od niego, jego złamanie ma cenę, a tą cena jest życie.
Tego dnia chata była wyjątkowo zatłoczona, Wendy, Dipper i Mabel ledwo wyrabiali się z robotą, jednak Stanford był zadowolony z biegu wydarzeń.Gdy zamykali zaczął liczyć pieniądze, postanowił wynagrodzić bratanką ciężką pracę, zabierając ich na kolację do Lazy Susan, ruda zabrała się z nimi.
Naleśniki z syropem klonowym były jak zwykle pyszne, bliźniaki, Wandy i Wuj zajadali między rozmowami.Rudowłosa przyznała, że wepchnęła jakiemuś naiwniakowi swoje stare skarpetki, wmawiając mu, że to dar od "Skarpetkowego Skrzata", wszyscy wybuchli śmiechem.
-...a on wtedy wytrzeszczył gały tak mocno!Myślałam, że zaraz wylecą mu z orbit!-Dławiła się kęsami jedzenia.
-Jak on mógł w to uwierzyć?Naiwniak!-Zarechotał sześćdziesięciolatek, a Mabel i Dipper mu zawtórowali.Dziewczyna odziana w różowy sweter z pomarańczowymi elementami i wzorkami pod pretekstem, "przypudrowania noska" popędziła do toalety.
Weszła do małego pomieszczenia w którym mieściły się trzy kabiny, umywalka i ogromne lustro.Spojrzała w swoje odbicie, za nią znajdowała się środkowa kabinka, jej drzwi otworzyły się na oścież.W środku, , na zamkniętej klapie siedział nie kto inny jak...Bill.Dziewczyna zrobiła pół piruet w miejscu by spojrzeć mu w twarz.
-Co ty tu robisz pajacu?!-Chciała rzucić mu się na szyje.
-Shooting Star!Jak zwykle urocza!-Zaśmiał się perliście.Zwykle misternie ułożone włosy, teraz opadały na jego twarz, co dodawało mu "zwierzęcego uroku". Złote oko zabłyszczało przez sekundę błękitem.Demon wstał i podszedł do zdenerwowanej małolaty.Gdy zbliżył swoją dłoń do jej policzka ta odepchnęła ją i kopnęła go w krocze.Mężczyzna jęknął cicho i upadł na kolana by dostać od niej z liścia w twarz.
-Nie ładnie, My Pet.-Podkreślił ostatni wyraz.
-"Pet"?Wolne żarty!-Zadrwiła.Zauważyła, że jej przeciwnik stał się czerwony, jego ślepie, teraz promieniste, wyrażało furię.Toaleta zapłonęła niebieskim ogniem.Szatynka pisnęła tylko gdy zobaczyła, że drzwi zniknęły.Wszystko zadrżało, Mab zacisnęła powieki, gdy otworzyła oczy znajdowała się w...francuskiej restauracji na wieży Eiffla, siedziała przy stoliku na przeciw złotowłosego.
-Zabrałeś mnie do...Mindscape'u?-Syknęła.
-Owszem, chciałem z tobą spokojnie porozmawiać.-Wytłumaczył.
-Czy ty zdajesz sobie sprawę, z tego jak bardzo cię nienawidzę?-Uśmiechnęła się ze wstrętem.
-Ranisz mnie, mógłbym ci przecież dać wszystko czego zapragniesz!-Udał, że zabolały go jej słowa.
-Za cenę duszy, ciała, a może śmierci moich najbliższych?-Zaśmiała się zirytowana.
-To tylko szczegóły!Pomyśl...mogłabyś być czczona, ubóstwiana, kochana...i adorowana.-Zamruczał.
-Wo, wo, wo!Czekaj!Po pierwsze - jesteś dla mnie za stary o jakieś kilka miliardów lat, po drugie...powaliło cię?!Jesteśmy wrogami!Przeliterować ci to, a może wyjaśnić znaczenie?-Warknęła.
-Nie przeceniaj się, Pet.Nie chodziło mi o mnie.Nie zdajesz sobie sprawy jak prosta jest manipulacja...?Mermando, tak?-Wspomniał o dawnej miłości szatynki, syrenie, któremu pomogła wrócić do morza.Wiedział, że gdy wypowie to imię, ona zmięknie.Nie mylił się, dwunastolatka zaniosła się płaczem.
-Dobrze wiesz, że on ma zonę!-Wydusiła, a ten objął ją i poklepał pocieszająco po plecach.-I kocha ją...-Dodała by nie było wątpliwości.
-To da się zmienić, potrzebuję jedynie kropli twojej drogocennej krwi, daj mi ją, a spełni się twój najskrytszy sen...on będzie miłował ciebie, a nie ją...-Kusił załamaną nastolatkę.
-N-na prawdę?-Wydukała przez zapchany nos.
-Tak...czy ja bym cię okłamał?Takie biedne, niewinne dziecko?-Miał ochotę się zaśmiać gdy to mówił.-To stanie się pojutrze...będziesz wiedziała o jakiej godzinie i w jakim miejscu.Tam udzielisz mi ostatecznej odpowiedzi Shooting Star.-I zniknął, tak samo szybko jak się pojawił.Mabel otrząsnęła się, znów była w zwyczajnej łazience...wróciła do reszty, musiała to wszystko jeszcze raz przemyśleć...
***
W koszmarach Dippera także pojawił się Dream Daemon.Zaproponował chłopcu odpowiedzi na pytania względem autora dziennika i mitycznych stworów zamieszkujących te ziemię.
-A wiec jednak nie powiedziałeś mi prawdy, tam w piwnicy.-Domyślił się chłopak z ponurym uśmieszkiem na twarzy.-Byłem taki głupi...
-Myślałeś, że udzieliłbym komuś tak istotnych informacji za darmo?Nie rozśmieszaj mnie!Pojutrze.Będziesz wiedział gdzie i kiedy.Nie spóźnij się, Little Pine Tree.Zbyt wiele od tego zależy.-W tej samej chwili sen dwunastolatka został przerwany przez jego własny krzyk.
-Zobaczymy Cipher.-Szepnął.Teraz był pewien, że ufanie temu potworowi to największy błąd...
Subskrybuj:
Posty (Atom)